Son

piątek, 26 grudnia 2014

Christmas One Shot


________________________________________________________________________

Hej aniołki! Tutaj wasza Jess.Wiem,że już po dziesiątej i Święta się kończą,ale lepiej późno niż wcale,prawda? Uwaga bo ja aka Irwin będę się teraz produkować! A więc moje kochane,życzę wam zdrowych i wesołych Świąt,oraz Szczęśliwego Nowego Roku! Aby był jeszcze lepszy niż obecny 2014,żeby był pełen uśmiechów,które będą gościć na waszych pięknych twarzach każdego dnia,a co się z tym wiąże wielu cudownych chwil,które owe uśmiechy wywołają ♥ Życzę wam wszystkiego co najlepsze bo zasługujecie na to jak nikt inny ♥ Spotkania idoli,wiary w siebie ♥ Nawet nie wiecie jak ważne dla mnie jesteście :') Kocham was wszystkie i każdą z osobna misie ♥ Dziękuje za wszystko co dla mnie robicie :*


Z okazji Świąt napisałam świątecznego one shot'a.Nie jest on związany z TSD. Pomysł siedział mi od dawna w głowie i w końcu spięłam dupsko i napisałam go dla was.Mam nadzieję,że wam się spodoba chociaż odrobinkę i miło zakończy wam Święta :) Piszcie,która historia podobała wam się najbardziej :D Kocham was aniołki ♥

@oh_woow_lovely 



________________________________________________________________________




    Przez wielu Święta Bożego Narodzenia są uznawane za najlepszy okres w całym roku.Każdy kocha panujący wtedy klimat.Pięknie przyozdobione ulice miast,kolorowo migoczące światełka na choinkach,co jakiś czas można spotkać jakiegoś Mikołaja.Padający śnieg dodaje jeszcze tego uroku i wszystko wydaje się nam magiczne.Ludzie są jakby szczęśliwsi mimo panujących mroźnych dni.
    Był dwudziesty pierwszy grudnia bieżącego roku. Śnieg padał,jakiś chłopak oświadczył się swojej dziewczynie.Ktoś się zakochał,ktoś się rozwiódł.Jakaś dziewczyna pokłóciła się ze swoją przyjaciółką,a dwaj starzy już bracia pogodzili się po dwudziestu latach.Ktoś się urodził,a ktoś umarł.Ktoś siedział w pokoju,oglądając po raz kolejny "Kevin sam w domu",a ktoś krzątał się po kuchni piekąc ciasteczka.
     Był dwudziesty pierwszy grudnia i Michael był już kompletnie wykończony tym dniem.Wiedział,że długo już nie wytrzyma i w końcu prędzej czy później wybuchnie,powie coś nieodpowiedniego,a ta drobna brunetka już nigdy si do niego nie odezwie.Atakowały go z każdej strony,wskakiwały na niego i dusiły.A przynajmniej tak się czuł,gdy kolejne dziecko uwiesiło mu się na szyi.Clifford ugryzł się mocno w język,żeby nie krzyknąć kilku niecenzuralnych słów,bo przecież nie wypadało.Nie w domu dziecka.Nie przed świętami.Michael poczuł jak ktoś go ciągnie za nogawkę.
-A ja bym chciał misia-usłyszał dość niewyraźny,nieco przestraszony głos.
Spojrzał na dół,na małego piegowatego chłopczyka-mógł mieć najwyżej pięć lat.Był ubrany w nieco zniszczony sweterek i stare,granatowe spodnie.Był smutny,a przecież nie powinien,w końcu nadchodziły święta.
-Zaraz moi pomocnicy to zanotują:ogromny miś dla małego chłopczyka.
Mały lekko się uśmiechnął i przez sekundę Michael mógł pomyśleć,że tym drobiazgiem go uszczęśliwił.Gdy chłopczyk odszedł,czerwonowłosy wrócił na swoje miejsce.Duże krzesło,pełniące rolę tronu bądź czegoś podobnego,stało na samym środku dużej sali.Farba na ścianach była wyblakła,a z sufitu kruszył się tynk.Budynek był już stary i wcale nie był przyjemnym miejscem.Dołował Michael'a,gdy siedział w sali czuł się źle.Miejsce nie było ani trochę przytulne,a przecież powinno takie być.Pokój,w którym siedzieli był salą zabaw.Kilka małych,okrągłych stolików było porozstawianych w kątach sali.Na każdym kredki i czyste kartki.W pudłach i koszach leżały zabawki.Stare,niektóre poniszczone,prezenty od zupełnie obcych ludzi,uzbierane w przeciągu kilkunastu lat.Michael usiadł na krześle i poprawił swoją czapkę.Czuł sie jak skończony idiota w stroju świętego Mikołaja.Puchaty pompon ledwo sie trzymał na zakupionej z przeceny czapce,a spodnie pożyczone od ojca były za duże,przez co chłopak co chwilę musiał je podciągać.Przez tą cholerną sztuczną brodę Michael'a swędziała cała twarz,było mu ciepło i z każdą sekundą był coraz bardziej poirytowany.Chciał już wracać do domu.Wtedy jego wzrok spotkał się z uśmiechniętą twarzą Grace.Grace Marchall była tylko o rok młodsza od Michael'a.Była to niska,szczupła dziewczyna ze lśniącymi z radości,zielonymi oczami.Nie ważne kiedy byś ją spotkał-zawsze była uśmiechnięta.I było też coś takiego w Grace,że swoją pozytywną energią potrafiła zarażać innych,a zwykłym uśmiechem poprawić komuś humor.Grace Marchall dziewczyna o wielkim sercu i najlepsza przyjaciółka Michael'a praktycznie od zawsze.Chodzili razem do przedszkola,do tej samej grupy nazywanej "Smerfy".Jak się okazało mała Gracey mieszkała zaledwie kilka domków dalej od Michael'a.Zaczęło się od głupich zabaw w piaskownicy,na tym starym placu zabaw,na który już nikt nie chodzi.W piaskownicy nie pojawia się świeży piasek,a jedna huśtawka jest urwana,ale kiedyś był to najlepszy plac zabaw w całym Nowym Jork'u.Cóż przynajmniej tak uważał Michael.A teraz chłopak z ognistoczerwonymi włosami,przebitymi uszami,łukiem brwiowym i Bóg wie czym jeszcze,wytatuowanymi rękami i szerokim słownikiem przekleństw,chłopak uważający się za punk'a ubierając dziurawe spodnie i koszulki z logiem Green Day'a,siedział tutaj-w domu dziecka.Trzeba podkreślić,że w jednym z najuboższych domów dziecka w kraju.A do tego był przebrany za świętego Mikołaja,obiecując dzieciom rzeczy,których nie był w stanie im zapewnić.Spytacie po co to wszystko?Sam nie wiedział co robi,zgadzając się na ten "cudowny,wystrzałowy,wspaniały" pomysł Grace.Teraz dziewczyna ubrana w składający się z zielonej sukienki i tego samego koloru butów oraz rajstop w czerwono-zielone paski,strój elfa obdarowywała swoim pięknym uśmiechem kolejną małą dziewczynkę.Michael widział ile radości sprawiał jej cały ten cyrk,więc zacisnął szczękę i rozsiadł się wygodnie czekając na kolejne dziecko.
-Idź do Mikołaja kochanie i powiedz mu co byś chciała dostać na święta-chłopak dosłyszał,dodający pewności siebie głos swojej przyjaciółki.
Po krótkiej chwili mała,czarna dziewczynka podeszła do niego.Miała duże afro na głowie i żółtą sukienkę z zaszytą dziurą na dole.Michael wymusił kolejny uśmiech i wziął dziewczynkę na kolana.
-Ho ho ho -zaczął,starając się brzmieć zwyczajnie(o ile to było w ogóle możliwe w takiej sytuacji)-powiedz Mikołajowi co byś chciała dostać na święta!-wyrecytował ten sam tekst po raz kolejny.
-Jesteś prawdziwy?-spytała dziewczynka.
Michael przeklął kilka razy w myślach i w sumie było mu szkoda tej dziecięcej głupoty i ich wiary dosłownie we wszystko.
-Oczywiście,że jestem prawdziwy!-wykrzyczał z udawaną radością.Mógł śmiało stwierdzić,że byłby całkiem niezłym aktorem.
-Kochany Święty Mikołaju-zaczęła ciemnowłosa,trochę jeszcze sepleniła,jednak Michael był w stanie ją zrozumieć-na początku chciałam lalkę.Dużą,nową,ładną lalę w czerwonej sukience,ale już jej nie chcę.
-A więc cóż takiego teraz sobie życzysz?
-Chciałabym spędzić święta w domu z rodziną,ale nie tutaj.Chciałabym siedzieć z rodzicami przy stole i wylizać łyżkę z polewy na ciasta,a potem czekać w oknie na pierwszą gwiazdkę.
Michael zastanawiał się ile mogła mieć lat.Sześć?Siedem?Na pewno nie więcej.Przygryzł wargę i poczuł się jakoś tak źle,wręcz paskudnie.Musiał jej obiecać coś,czego nie dostanie.Nie chciał,ale musiał.
-Mikołaj spełni twoje życzenie.
Ten jeden,miły uśmiech dziewczynki zapadł mu w pamięci.Dzieci podchodziły do niego kolejno,mówiąc co by chcieli na święta,a jeden z elfów pomocników,którym była niejaki Freddie,który wisiał Grace przysługę,wszystko notował.W sumie w domu dziecka było pięćdziesiąt sześć pociech.
Cała wymyślona przez Marchall "zabawa" skończyła się dobrze po dwunastej.Michael był na prawdę szczęśliwy mogąc przebrać się w swoje ukochane jeansy i ulubioną koszulkę.Największą radość sprawiło mu zdjęcie tej cholernej brody-miał jej dosyć do końca życia.Cierpliwie poczekał aż przyjaciółka się przebierze.Na zewnątrz lodowaty wiatr muskał ich policzki.Michael włożył ręce do kieszeni.Zapaliłby,ale było tak zimno,że nawet nie miał na to ochoty.Grace szła obok niego w tej swoje śmiesznej czapce,którą zrobiła dla niej jej babcia.Czerwona w żółte wzorki.Clifford uważał,że jest okropna,ale Grace mówiła,że ma w sobie "to coś" i,że to zdecydowanie jej ulubiona czapka.Blade policzki szybko zaczęły ją szczypać z zimna,a nos był już cały czerwony.
-Cieszę się,że ze mną poszedłeś-powiedziała,naciągając szalik aż do nosa.
-Taa,masz u mnie dług.
Dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
-Słuchaj Micky-zaczęła.
Micky-tylko ona tak do niego mówiła i uważał,że to cholernie fajne.Jednak zapewne gdyby ktoś inny go tak nazwał,wkurzyłby się.
-Mam trochę oszczędności-kontynuowała-i chciałabym spełnić kilka marzeń tych dzieci.
Chłopak odwrócił się w jej stronę,marszcząc czoło.
-Jesteś szalona Grace.Pewnie jest wiele lepszych rzeczy,na które możesz wydać kasę.
-Nie kupię wszystkiego,ale miś,samochodzik czy lalka to nie majątek.Taki był plan od samego początku,przecież nie przyszłam tutaj dawać im fałszywej nadziei-rzuciła oburzona.
-Zrobisz co zechcesz-westchnął,wiedząc że z nią nie wygra.
-Pomyślałam,że mógłbyś przyjść tu ze mną i...-zaczęła,ale przerwał jej sarkastyczny śmiech Clifford'a.
-O nie,mnie w to nie mieszaj.Już nigdy nie ubiorę tej pieprzonej brody.
-Ale...
-Nie mów tyle bo się przeziębisz.
-Uszczęśliwiłbyś je-powiedziała, trącąc chłopaka łokciem.
-Nie chcę tam wracać Gracey.
-Czemu?-spytała,skupiając swoje bystre oczy na przyjacielu.
-Nie rozmawiajmy o tym teraz.
     Był dwudziesty drugi grudnia,śnieg nadal lekko prószył.Dochodziła już czwarta,ale na dworze dalej było jasno.Idąc ulicami Nowego Jorku czuło się ten niesamowity świąteczny klimat.Drzewka w parkach i na ulicach były przyozdobione kolorowymi lampkami.Zresztą sklepy,kawiarnie i mieszkania nie pozostawały im dłużne.Im dalej szedłeś tym piękniejsze ozdoby ukazywały się twoim oczom.Coś cudownego.Jeśli zastanawiasz się jakie miejsce zaraz po centrach handlowych jest najczęściej odwiedzane w tej porze roku zaraz ci powiem.Lodowisko.Nie ma nic lepszego jak wybrać się na godzinkę czy dwie na łyżwy.Można się odprężyć i świetnie spędzić czas.No bo kto nie lubi jeździć na łyżwach,gdy śnieg przyjemnie prószy,a w tle słychać jeden z największych świątecznych przebojów "Last Christmas".Amanda po raz kolejny odgarnęła niesforne kosmyki długich,kręconych włosów z twarzy.
-Cholerne siano,przysięgam kiedyś ogolę się na łyso.Clinton czy ty mnie w ogóle słuchasz?-spytała z oburzeniem odwracając się w stronę chłopaka.
Blond włosy chłopaka były idealnie zaczesane do tyłu,a okulary z grubymi szkłami zaparowane.Dziecinny sweterek,który wystawał spod kurtki niemal krzyczał "jestem samotnym kujonem i największym frajerem jakiego miałeś szansę spotkać".Ledwo stał na nogach ciężko oddychając.
-Oczywiście Amy.
-Podjedź tu do mnie-zażądała dziewczyna,rozglądając się.
-Z tym może być mały problem-wyjęczał blondyn-nie potrafię jeździć-wyjaśnił.
Amanda westchnęła.Naciągnęła białą czapkę z dużym pomponem na czubku bardziej na uszy i niechętnie podjechała do chłopaka.
-Czy wiesz dlaczego tutaj jesteś?-spytała,pomagając mu odzyskać równowagę.
-Tak-przytaknął-oczywiście.
-Świetnie.Powiedz mi,dlaczego cie tutaj zabrałam-poprosiła.
-Mam udawać twojego chłopaka.Z tajnych źródeł,którymi jak przypuszczam jest największa plotkara w szkole Madison,wiesz że twój były Tyler Idealny,który jest najcudowniejszym,najmądrzejszym,najzabawniejszym i najprzystojniejszym chłopakiem jaki istnieje,z którym chodziłaś,ale wrednie rzucił cię i to przez sms'a,wiesz że dzisiaj ma tutaj być ze swoją nową dziewczyną,olśniewającą pod każdym względem Katherine,szkolną królową balu,wiceprzewodniczącą samorządu i główną cheerleaderką-wyrecytował na jednym wdechu.
     Dziewczyna westchnęła i mocno przygryzła wargę.Ogromny smutek i pustka znów wypełniły ją całą.Niestety wszystko co Clinton powiedział było prawdą.Tyler McBurn był chodzącą definicją perfekcji.Był wysoki i bardzo dobrze zbudowany.Amanda zawsze była pod wrażeniem jego wysportowanych nóg i tego zgrabnego tyłka.Był Mulatem o ciemnobrązowych oczach i czarnych kręconych włosach.Do tego był kapitanem szkolnej drużyny rugby,jeździł żółtym ferrari i ubierał się lepiej niż niejedna dziewczyna,zawsze zgodnie z panującymi trendami.Warto wspomnieć,że był bardzo mądry,wygrywał większość konkursów,a na koniec roku miał sześć z matematyki,fizyki i chemii.Gra na gitarze,fortepianie,jeździ na snowboardzie i robi masę innych rzeczy,które czynią go jeszcze bardziej idealnym o ile to w ogóle możliwe.Zaczęli się spotykać niecały rok temu,a Amy jak każda inna dziewczyna w szkole szalała za nim.Byli szczęśliwą parą,a przynajmniej na taką wyglądali.I wszystko było dobrze,puki dwa tygodnie temu brunetka nie dostała sms'a z najgorszą treścią jaka kiedykolwiek została napisana.Kto,powiedzcie kto zrywa przez sms'a?Jest to szczyt chamstwa i bezczelności,a co więcej braku szacunku i tylko pokazuje nam ile tak na prawdę dla kogoś znaczyliśmy.Bo gdyby byliśmy chociaż trochę ważni,mogliby pofatygować się rozmową twarzą w twarz a nie cholernym sms'em.I chyba właśnie wtedy do Amy doszło jak mało znaczyła dla szkolnej gwiazdy Tyler'a.
-Poprosiłaś mnie żebym udawał twojego chłopaka i przyszedł tutaj z tobą,żeby Tyler widział jak szybko znalazłaś sobie kogoś na jego miejsce i,że w ogólnie nie rozpaczasz,a całe zerwanie nie zrobiło na tobie najmniejszego wrażenia-Clinton dokończył swój monolog.
-Dokładnie-potwierdziła brunetka.
-Ams mogę na chwilę cie przeprosić.Ledwo tutaj stoję,a po Tylerze ani śladu.Spróbuję jakoś doczołgać się na ławeczkę,a jak tylko go zauważysz to wrócę.
-Okay-zgodziła się bez namysłu,uśmiechając się lekko.
Przez chwilę stała w miejscu,patrząc jak chłopak niezdarnie próbuje dojechać do wyjścia.Miała ochotę się rozpłakać,gorzej już chyba być nie mogło.Oczywiście,że strasznie ją bolało całe te rozstanie,oczywiście że się z tym nie pogodziła.Samotność przygnębiała ją,ogarniała całą i skutecznie spędzała sen z powiek.Sama nie mogła uwierzyć w słowa sms'a.Zniszczyły ją kompletnie.Najpierw była załamana.Płakała całymi dniami,nie mogła w to uwierzyć,była zdruzgotana.Później nastąpiła pustka.Obojętność.Nic nie czuła,nic ją nie obchodziło.Aż w końcu po tych dwóch etapach przyszła złość.Ogromna,niepohamowana złość.Doszło do niej ile cennego czasu straciła u boku tego dupka,który nie raczył nawet zerwać z nią twarzą w twarz.Chciała mu pokazać jak wielką przysługę jej tym wyświadczył.Chciała sprawić żeby był zazdrosny.Wiedziała oczywiście,że szanse na to są małe,biorąc fakt,że Tyler jest Bogiem Seksu i może mieć każdego.Plan miała doskonały,ale kandydatów na tą szopkę było niewielu.W końcu udało namówić się jej Clintona,największego nudziarza jakiego kiedykolwiek miała okazję poznać,ale teraz ta zawsze uśmiechnięta,pogodna,optymistyczna dziewczyna,która śmieje się zawsze i wszędzie,której po prostu nie da się nie lubić,zniżyła się do tego stopnia,że obiecała Clintonowi szkolnemu wyrzutkowi zapłacić trzydzieści dolarów za spędzoną z nią godzinę czasu na łyżwach.
Powoli pojechała przed siebie.Zrobiła dwa wolne kółka,cały czas w myślach obrażając Tyler'a za to co zrobił,Clintona że jest kompletnie bezużyteczny i siebie,że pozwoliła sobie upaść tak nisko.W końcu przyspieszyła i z całą rozpierającą ją od środka złością,pędziła przez środek lodowiska.Potrafiła jeździć lepiej niż dobrze.Była w tym doskonała.Jechała tak szybko jak tylko mogła,sprawiało to że na moment przestawała myśleć o tym wszystkim.Pech chciał,że nie zdążyła wyhamować i z ogromną siłą,wpadła na jadącego tyłem chłopaka.Wszystko potoczyło się bardzo szybko.Amanda nie była pewna czy loczek właśnie pokazywał komuś swoje umiejętności jazdy tyłem,czy też po prostu był taki głupi.Krzyknęła "uwaga" oraz "nie mogę się zatrzymać,zejdź z drogi",ale było już za późno.Biedny nastolatek ledwo zdążył się odwrócić,kiedy Amy wleciała prosto na niego i oboje wylądowali na twardym lodzie.Leżała tak na nim przez chwilę,zanim pozbierała myśli.Chłopak jęknął z bólu.Brunetka szybko i nieco niezdarnie podniosła się na nogi.
-O mój Boże,tak bardzo cie przepraszam-powiedziała,przyglądając się poobijanemu nastolatkowi.
Mimo,że leżał na lodzie z wykrzywioną z bólu twarzą,przypominając trupa lub rozjechane zwierze,musiała przyznać,że wyglądał seksownie.Mimowolnie przygryzła wargę,dalej przyglądając się pięknej twarzy chłopaka.Duże,zielone oczy,okalane przez wachlarz gęstych rzęs były lekko przymrużone,a spod czapki wychodziły niesforne loczki.Chłopak powoli usiadł i pomasował bolący łokieć.
-Zawsze mogło być gorzej-odezwał się w końcu,spoglądając na nią,a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech ozdobiony głębokimi dołeczkami.
-Racja,jakby nie patrzeć miałeś ogromne szczęście.Gdybym się bardziej rozpędziła,mógłbyś upaść mocniej,uderzyć się w głowę i ostatecznie umrzeć dwa dni przed Wigilią-zauważyła brunetka.
Powiedziała to nadzwyczaj poważnie,na co chłopak uroczo się zaśmiał.Szybko wstał na nogi,otrzepując spodnie.
-Mama zawsze mówiła,że jestem tym szczęśliwym dzieckiem,bo jako jedyny nie byłem wpadką-wyszczerzył się.-Jestem Ashton Fletcher Irwin-dodał od razu.
-Na serio?-spytała zbita z tropu.
-Tak,wiem.Fletcher to straszne imię,ale hej!Zawsze mogła dać mi je na pierwsze.Wyobraź sobie przychodzisz do szkoły,przedstawiasz się i co?Już na wstępie nie masz znajomych.O,albo taka rozmowa o pracę."Dzień dobry jestem Fletcher" a potem godzina tłumaczenia,że to wcale nie żadna ksywka,którą otrzymałeś po pijaku skacząc do basenu sąsiadów,ale twoje prawdziwe imię.
-Co?-zamrugała kilka razy.-Pytałam czy na prawdę jako jedyny nie jesteś wpadką-wytłumaczyła.
-Och-westchnął.-To znaczy tak przypuszczam.Brat się urodził,gdy mama miała czterdziestkę i to idealnie dziewięć miesięcy po urodzinach taty,więc...
-Och.
-Dokładnie.Ale z drugiej strony to niezły prezent dostał co nie?-spytał,znów promiennie się uśmiechając.
-Musieli się dobrze bawić-przytaknęła brunetka.Chłopak nieco się skrzywił.
-To trochę obrzydliwe.To w dalszym ciągu moi rodzice i myśl o tym co robią w łóżku-przeszły go ciarki,co spowodowało uśmiech na twarzy Amandy.
-Tak czy siak,bardzo cie przepraszam.No wiesz,że wjechałam w ciebie.
-Nie szkodzi,właściwie było całkiem fajnie.Jakbyś znowu chciała kiedyś na kogoś wlecieć  i go poobijać to ja zawsze chętnie się zgodzę.
Już chciała coś na to odpowiedzieć,kiedy za plecami Ashton'a zauważyła JEGO.Pan Idealnie Idealny Tyler właśnie przemierzał lodowisko,a razem z nim ubrana w krótką sukienkę,ledwo widoczna spod kurtki Katherine.Brunetka poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku.Nie widziała go od kiedy tak bezczelnie z nią zerwał.Przygryzła nerwowo wargę,skupiając całą swoją uwagę na nich.Ashton zauważył nagły zanik zainteresowania jego osobą i odwrócił się,podążając wzrokiem za jej spojrzeniem.
-Kto to?-spytał,wskazując głową na Tyler'a.
-Nikt specjalny.Pan Pieprzona Perfekcja Tyler McBurn-powiedziała niby obojętnie,ale w gardle rosła jej gula.
-Nie wątpię,że pieprzony.Wygląda jak idealne połączenie Tom'a Cruise'a ,Zac'a Efron'a i Ben'a Affeck'a tylko z lepszą fryzurą-stwierdził Loczek.
-Nie pomagasz.To mój były.
-Och-westchnął.
-Och.
-Tak właściwie wcale nie wygląda aż tak dobrze-zaczął zielonooki.-W ciągu minuty wymienię ci dwudziestu lepiej wyglądających facetów.Poza tym ta fryzura jest beznadziejna.Widać,że włożył w nią nie tyle serca co żelu.
Chciała się zaśmiać,ale zamiast tego kilka łez szybko spłynęło po jej czerwonym z zimna policzku.Wytarła je pospiesznie rękawem kurtki i nagle poczuła niewiarygodnie wielką potrzebę wygadania się komuś.A jako,że Ashton był akurat pod ręką...
-W ogóle nie czuje tych cholernych Świąt-zaczęła.-Wszystko się pieprzy.Jednego dnia jestem dziewczyną Pana Idealnego,a następnego jestem najbardziej samotną osobą na świecie.Nawet mój kot ma mnie w dupie!Zerwał ze mną rozumiesz?!
-Kot?-spytał,ale zaraz tego pożałował.
-Nie kot debilu,Tyler!Byłam w swoim pokoju,oglądałam "Love Actually",a tu nagle dostaję sms'a!SMS'a!Rozumiesz to?Nie pofatygował się nawet zadzwonić,już nie wspomnę o rozmowie twarzą w twarz!Wysłał mi pieprzonego sms'a!I wcale nie minęło tak wiele,a on już bezczelnie chodzi za rękę z tą małą,sukowatą dziwką!
-Sukowata dziwka,wow-wtrącił Loczek,ale oczy miał smutne.Było mu żal dziewczyny.
-I jeszcze w tym wszystkim jest moja mama,która rozwodzi się z tatą,nawet nie robimy Wigilii,a jedyne o czym słucham przez ostatnie tygodnie to kto jaką część domu bierze.Wszystko tak cholernie boli.Więc dowiedziałam się dzisiaj,że Pan Perfekcja tutaj będzie i wynajęłam tego frajera z mojej szkoły Clinton'a,dla którego największą rozrywką jest rozwiązywanie rebusów matematycznych.Nigdy nie sądziłam,że upadnę aż tak nisko,ale ostatecznie dotknęłam dzisiaj dnia.I jeszcze żąda trzech dyszek za godzinę!Przepraszam wcale  nie uważam,że jesteś debilem ,po prostu wszystko się pieprzy,a ja próbuję zaimponować Tyler'owi kujonem Clinton'em.Jestem Amanda-zakończyła,biorąc głęboki wdech i czekając na jego reakcję.Powoli dochodziło do niej,że powiedziała historię swojego beznadziejnego życia komuś kompletnie obcemu i była pewna,że Ashton miał milion ciekawszych rzeczy do roboty niż wysłuchiwanie jej ckliwych opowiadań.W tym wypadku nawet ten cholerny rebus matematyczny wydawał się ciekawszym zajęciem.
-No więc powiem tak-zaczął Ashton Fletcher Irwin,minę miał poważną-ten cały Tyler to mały zasrany kutasiarz,który miota plemnikami na prawo i lewo,który ani odrobinę nie był wart kogoś takiego jak ty.Właściwie nie zasługuje nawet na jedno twoje spojrzenie skierowane w jego stronę.On nawet na miano kutasiarza nie zasługuje bo to obraza dla wszystkich kutasiarzy!Nie wiem jakim debilem trzeba być żeby zerwać z dziewczyną przez sms'a.Nie był wart twoich łez Amy.Niech się pieprzy.A twój pomysł ze wzbudzeniem zazdrości jest na prawdę dobry,ale serio jeśli ten cały Clinton to ten mały kujonek  siedzący przy wejściu to masz przesrane.Widziałem go wchodząc tutaj i wygląda jak bezpłodny pedofil.Już większą zazdrość byś wzbudziła przychodząc z dziewczyną,niż z nim.W ogóle Clinton?Co to za imię?Jest gorsze nawet niż Fletcher!Z góry skazuje cie na porażkę!Poza tym serio masz mu zapłacić?Więc nie dość,że debil i pedofil to jeszcze pierdolony chciwy,skąpy,obrzydliwy kutasiarz.Amanda to ładne imię-powiedział na jednym wdechu,uśmiechając się lekko na koniec.
-Dzięki Ashton.To miłe z twojej strony,no wiesz,że wysłuchałeś i powiedziałeś na głos dokładnie to co myślałam.Powiem Clinton'owi,że to koniec  i może wracać do domu i tak zamiast zazdrości raczej spowodowałby dziki napad śmiechu u Tyler'a.
-Czyli co?Wracasz do domu?Poddajesz się?-spytał zdziwiony.
-A co mam zrobić?
-Może nie jestem Bogiem Seksu Brad'em Pitt'em,ale jeśli chcesz mogę poudawać.
-Co poudawać?
-Jak to co?Twojego mężczyznę,Amy skup się na moment.Wiem,że właściwie się nie znamy,ale nie znoszę takich typów jak ten cały Tyler i uważam,że powinien cie zobaczyć z kimś innym i pomyśleć,że to zerwanie było dla ciebie niczym,a sama trzymasz się świetnie!I bez obrazy,ale z Clinton'em to nie wypali.Jak już mówiłem Bogiem nie jestem,ale przy Clinton'ie czuję się jak Taylor Lautner. Oczywiście jeśli chcesz.
Nie zastanawiała się długo.
-Byłoby świetnie.Niech cierpi.
-Dobrze-uśmiechnął się.-Byłaś z nim może kiedyś na łyżwach?-spytał.
-Nie,a co?
-Czyli nie wie,że potrafisz jeździć.Świetnie.Daj mi rękę,poudajemy że cię uczę.
     Niepewnie złapała jego dłoń,ale szybko się rozluźniła.Szło im idealnie.Amy doskonale wczuła się w rolę dziewczyny,która pierwszy raz w życiu ma na sobie łyżwy,nawet kilak razy specjalnie się przewróciła.Ashton jeździł tyłem,powolutku,cały czas trzymając ją za ręce.Uśmiechali się bez przerwy,chłopak cały czas chwalił jej "postępy" i zdecydowanie każdy kto ich nie znał,mógłby przysiąc, że są parą.Rozmawiali cały czas i Amy zauważyła coś dziwnego,a mianowicie,że w ciągu tych trzydziestu minut lepiej bawiła się z Ashton'em niż z Tyler'em w ciągu dziesięciu miesięcy.Jeździli tak jeszcze jakiś czas,kiedy ktoś sam od siebie do nich podjechał.Ale nie był to zwykły ktoś,a Pan Idealny.
-Amy?Nie poznałem cię-powiedział nieco zmieszany,chwilę później Katherine stała już obok niego.
-Tyler.Jaka niespodzianka.
-Kto to?-spytał,spoglądając na chłopaka.
-To...-zaczęła,ale Loczek jej przerwał.
-Ashton Irwin,miło cię poznać-uśmiechnął się promiennie,ukazując dołeczki.
-Tyler McBurn.Jesteś znajomym Amy?
-Chłopakiem-poprawił go i dał brunetce buziaka w policzek.
Dziewczyna z trudem ukryła zaskoczenie,zastępując je szerokim uśmiechem,który właściwie wcale nie był udawany.
-Miło było poznać,my już będziemy uciekać.Chcemy jeszcze pójść na kawę,zanim zabierzemy się za strojenie choinki-dodał Irwin,po czym pożegnali się ze sobą i powoli pojechali w stronę wyjścia.-Wiesz jeśli nie masz nic ciekawego do roboty to ja zapraszam na tą kawę.Albo czekoladę.Albo herbatę.Co chcesz-powiedział,uśmiechając się i Amy stwierdziła,że uwielbia jego uśmiech.
-Właściwie to z wielką przyjemnością.A i Ashton!
-Tak?
-Dziękuję ci za wszystko.
-Nie ma za co.
Zdjęli łyżwy i poszli je oddać,kiedy podbiegł do nich Clinton.
-Gdzie ty byłaś kobieto?!Tyler przyjechał,nie mogłem się ruszyć z ławki i...i...kto to jest?-spytał,przestając krzyczeć,gdy zauważył Loczka.
-Drogi Clintonie-zaczął uroczyście Ashton-cholerny wyzyskiwaczu kobiet,powinieneś się wstydzić nie tylko swojego imienia,ale i zachowania.Masz tutaj te trzydzieści dolarów,kup sobie rozum,albo nowy sweterek-dokończył,wyciągając z kieszeni banknoty,wręczył je zaskoczonemu blondynowi,po czym wziął Amandę za rękę i udał się w stronę wyjścia.
-Zaraz ci oddam pieniądze-powiedziała po chwili,zaczynając przeszukiwać swoją torebkę.
-Przestań nie musisz.
-Ledwo mnie znasz,czemu...
-Nie wiem-wzruszył ramionami.-Bo nie lubię takich kolesi jak Clinton.Bo miałaś ciężki tydzień.Bo cię polubiłem.Kawa?
-Kawa-zgodziła się,uśmiechając.Przeszli kawałek,kiedy Ashton nagle się zatrzymał i puknął w czoło.
-Zapomniałem!
-Czego?
-Brata!Daj mi chwilę,zaraz wracam-powiedział i pobiegł z powrotem w stronę lodowiska.
Amanda stała przez chwilę cały czas w tym samym miejscu,czekając na chłopaka.Przez moment przeszło jej przez myśl,że może po prostu uciekł od niej,co właściwie nie zdziwiłoby ją tak bardzo,ale coś jej mówiło,że Ashton nie jest taki.Taki był Tyler.
Parę minut później śmiała się głośno,widząc jak Loczek ciągnie za sobą na jej oko dziesięcioletniego chłopczyka.Był całkiem podobny do starszego Irwin'a-kręcone włosy i duże zielone oczy.
-Wybacz,że tyle to trwało,ale nie chciał ze mną iść-wyjaśnił Ashton.
-Zostawiłeś mnie tam-wygarnął mu młodszy.
-Nie wierzę,że zapomniałeś brata-Amy z niedowierzaniem pokręciła głową,ale chwilę później znów się śmiała.
-Zaraz tam zapomniałeś.Nie zostawiłem cie tam Harry.To była gra.
-Gra?-spytał chłopczyk.
-Oczywiście.Cały czas o tobie pamiętałem.
-Kazałeś mi siedzieć na ławce z gorącą czekoladą i nie ruszać się-przypomniał mu Harry.-Było mi zimno w tyłek od tej ławki,ale nie mogłem się ruszyć.Przeziębię się Ashton i to wszystko twoja wina.
-Widzisz!-krzyknął uradowany Loczek.-Na tym polegała właśnie ta gra!Wiesz już jak się nazywa?
-Jak przesiedzieć godzinę na ławce i nie odmrozić sobie wacka?-spytał chłopczyk z nadzieją.
-Co?Boże nie.To gra "Ile czasu wytrzymasz robiąc to co kazał ci starszy,mądrzejszy i przystojniejszy brat"-Ashton dalej niepewnie przyglądał się młodszemu.
-Kto to?-spytał w końcu Harry,wskazując na Amandę.
-Moja koleżanka Amy.Właśnie mieliśmy pójść na kawę i...
-Chcę ulepić bałwana-przerwał mu młodszy Irwin.
-Może jutro pójdę z tobą i...
-Teraz Ashton.Ulepmy bałwana,albo powiem mamie,że zapomniałeś wziąć mnie z lodowiska bo wolałeś bawić się z twoją koleżanką Amy.
-Jeśli powiesz to dokładnie tak,że wolałem się bawić ze swoją koleżanką-Ashton westchnął-to lepiej chodźmy lepić tego bałwana.Przepraszam Amy ja...
-Mogę iść z wami-przerwałam mu natychmiast z nieco za dużym entuzjazmem.
-Serio?
-Kocham zimę Ash,kocham lepić bałwany,kocham śnieg,kocham łyżwy,kocham gorącą czekoladę i kocham wojny na śnieżki.Chodźmy ulepić tego bałwana!
        Był dwudziesty trzeci grudnia,a na dworze było o wiele zimniej niż kilka dni wcześniej.Śnieg padał jak szalony,mało kto w ogóle wychodzi tego dnia z domu.Było zdecydowanie za zimno,nie ważne ile swetrów założyłeś pod kurtkę i ile par rękawiczek ubrałeś i tak marznąłeś.Większość siedziała w domu,przeznaczając ten mroźny dzień na sprzątanie bądź pieczenie ciasteczek.Wychodzili tylko ci,którzy koniecznie musieli.
Michael przeklął głośno,gdy pięć jajek wypadło mu z ręki i rozwaliły się na dopiero co mytej podłodze.
-Mikey!-Grace spojrzała na niego wymownie,ale na twarzy malował się jej ten piękny,szczery uśmiech.
-Przypomnij mi po co pieczemy te ciastka?-spytał chłopak,zabierając się za sprzątanie.
-Po pierwsze uwielbiasz te ciastka,po drugie możemy miło spędzić czas,po trzecie to świetna zabawa i po czwarte i tak nie masz nic lepszego do roboty.
Chłopak niechętnie musiał przyznać jej rację.Gdy już uporał się z brudną,klejącą się podłogą,zabrał się za przeszukiwanie szuflad,w celu znalezienia papierosów.Gracey jak zwykle taka słodka,taka niewinna,taka kochająca życie,mieszała coś w misce.Michael przyjrzał się jej nieco dokładniej i coś zauważył.Michael Clifford zauważył,że jego przyjaciółka,na którą nigdy nie zwracał większej uwagi,jeśli chodzi o to jak wygląda,jest cholernie piękną dziewczyną.Długie ciemne włosy opadały kaskadami,a zielone oczy błyszczały z radości.Zauważył jej idealną figurę i to jak te czarne spodnie cudownie się prezentują na jej zgrabnych nogach.Zauważył jak jej tyłek dobrze wyglądał w tych spodniach przez co wkurzył się na siebie.Nie powinien zwracać uwagi na takie coś.Odwrócił wzrok,ale nie na długo.Chwilę później znów przyglądał się jak idealnie jego przyjaciółka wygląda i tak jakby zaczął rozumieć,czemu chłopcy zawsze się za nią odwracali na ulicy,czemu w szkole zawsze jakiś się przy niej kręcił,czemu zawsze obdarowywali ją uśmiechami i służyli chętnie pomocą.
-Pomożesz mi czy masz zamiar tak stać i jak zwykle nic nie robić?-spytała,a Michaela przeraziło,że przez moment myślał o tym jak duży dekolt ma w tej szarej koszulce.
Schował papierosy i bez słowa zabrał się do roboty.Pracowali w ciszy,każdy wykonując swoją część.
-Co ty taki małomówny?-spytała w końcu Grace.-Ciche dni Mikey?
-Ja...-zawahał się na chwilę.-Lubię ciszę.
-Nie,nieprawda-Grace zabrała mu dużą łyżkę,której właśnie używał.-Nienawidzisz ciszy.Uśmiechnij się Mikey,prawie już Święta!Rozchmurz się!-krzyknęła,biorąc leżące obok jajko i rozwaliła je na głowie chłopaka,wcierając żółtko w czerwone włosy.Normalnie Michael by się wkurzył,ale nie dzisiaj.Wziął paczkę mąki i wysypał połowę na dziewczynę,która mogła się już pożegnać z czarnymi spodniami.Zaczęli się rzucać składnikami do ciasteczek.Byli cali w jajkach,mące,cukrze,posypce,a nawet maśle.Śmiali się i rzucali jedzeniem,bawiąc się w najlepsze.W końcu Michael wyciągnął z lodówki bitą śmietanę w spray'u i zaczął gonić przyjaciółkę.Biegali w kółko,aż w końcu złapał ją i posadził na blacie kuchennym.Dziewczyna z początku wyrywała się i szarpała,ale i tak bez problemu śmietana znalazła się na jej głowie.Nagle przestali się śmiać,przestali krzyczeć.Michael patrzał w jej skupione zielone oczy i stwierdził,że piękniejszych nigdy nie widział.Były jak szmaragdy.I nie wiedział kiedy,nie wiedział czemu,delikatnie musnął jej malinowe usta,tak niepewnie jakby bał się,że zaraz go odepchnie.Nic takiego nie zrobiła,więc pocałował ją jeszcze raz,pewniej niż wcześniej.Nie wiedział jak opisać to jak się czuł w tamtej chwili.Zatrzepotała rzęsami,łaskocząc go w policzki.Czuł jakby znalazł to czego zawsze szukał,a ich usta były wręcz stworzone dla siebie.Pewnie jakby ktoś mu jeszcze wczoraj powiedział,że będzie się całować z Grace-wyśmiałby go.Teraz...
-Przepraszam Gracey-powiedział,odsuwając się na chwilę.
-Za co Mike?
-Ja...No wiesz-wydukał,spojrzała na niego pytająco.
-Mnie też się podobało-uśmiechnęła się.Teraz to on patrzał na nią zaskoczony.
-Grace ja-zaczął,ale właściwie nie wiedział co chce powiedzieć.
Dokończyli ciastka i wysprzątali całą kuchnię.
-Pójdziesz jutro ze mną do sierocińca Mikey?-spytała,przytulając się do chłopaka.Zaśmiał się.
-Nie ma mowy Grace,już ci mówiłem nie wracam tam.
-Mi...
-Nie-przerwał jej,wyciągnął papierosy i zapalił jednego.
-Okay-warknęła,minęła chłopaka i zaczęła ubierać szybko buty.
-Co robisz?-spytał,przyglądając się jak przyjaciółka w pośpiechu narzuca na siebie płaszcz i wciąga czapkę na głowę.
-Pieprz się Mikey-krzyknęła,chwyciła szal i wyszła.
-Nie wygłupiaj się Grace!Na dworze jest śnieżyca,wracaj!-krzyknął,wychodząc na klatkę schodową.
Ale nie odpowiedziała,nie wróciła się.
       Prawdą było,że dwudziestego trzeciego grudnia,śnieg padał jak oszalały.Szło się z ogromnym trudem i prawie nic nie widziało.Zimne powietrze bezczelnie mroziło całą twarz i palce u stóp i rąk.Szło się na prawdę źle.Nawet w telewizji mówili,aby zostać w domu.Niektórzy jednak jeszcze nie mieli prezentów świątecznych i chcąc nie chcąc musieli wybrać się na zakupy.Luke zawsze robił wszystko na ostatnią chwilę.Chciał to zmienić,rozplanować sobie jakoś wszystkie obowiązki,ale zawsze koniec końców stwierdzał,że nie warto.Dlatego musiał przemierzać kilometry w tej śnieżycy,aby dostać się do centrum handlowego.
       W sklepie było przyjemnie ciepło i ładnie pachniało.Luke był w sklepie z biżuterią,więc zapach cynamonu pozostawał dla niego jedna wielką niewiadomą.Sam do końca nie wiedział czego szuka.Bransoletka?Może łańcuszek?Kolczyki chyba nie...Właściwie nie widuje jej w biżuterii,więc może to nie ma sensu.Westchnął i opuścił sklep.Ale ona zawsze tak ładnie pachnie...Zawsze nie ważne co się dzieje,zawsze jest wypsikana różnymi perfumami.Dostał nagłego olśnienia.
Mała,szczupła blondynka po raz kolejny stwierdziła,że nie znosi swojej pracy.Niby sklep z perfumami,niby przyjemny otaczający ją zapach,niby zniżka na perfumy dla pracowników,niby wszystko świetnie,ale ją mdliło od tych słodkich zapachów i bezczelnych klientów.Irytowały ją bogate,ubrane jak na wystawę obrazów sławnych malarzy kobiety i ich znudzeni wszystkim mężowie,powtarzający w kółko "tak kochanie ten również pachnie zniewalająco,weź oba".Włosy na co dzień nosiła związane w wysoki kucyk,dzisiaj jednak postanowiła je rozpuścić i pozwolić im żyć własnym życiem.Czarne buty na obcasie były tak cholernie niewygodne,ale przynajmniej dodawały jej kilka centymetrów.Ciężkie jest życie niskich kobiet.A życie niskich kobiet,które muszą podawać perfumy z najwyższych półek jest kurewsko ciężkie jak to sama twierdzi.Ale tego dnia w sklepie nie było tych denerwujących bab ze swoimi małżonkami.Sklep był prawie pusty,jedynie jakiś wysoki blondyn stał przy jednej z półek już od trzydziestu minut,minę miał niezdecydowaną.Coś mówiło dziewczynie,że jemu ten sklep nie podoba się tak bardzo jak jej,więc uśmiechnęła się promiennie i podeszła w jego stronę.
-Mogę w czymś panu pomóc?-spytała.
Odwrócił się w jej stronę zakłopotany.
-Yyy....właściwie to tak.Szukam prezentu.
-Musi być bardzo ważną osobą-powiedziała,spoglądając na perfumy,które oglądał.Bardzo drogie perfumy.
-Kto?-spytał zbity z tropu.
-Osoba,której kupuje pan perfum.
-Oj tak to prawda-Luke uśmiechnął się,ukazując dołeczki.
-Dziewczyna?-spytała na co się zaśmiał.-To znaczy...przepraszam to nie moja sprawa.
-Nic się nie stało.Nie do końca dziewczyna-odpowiedział,a wzrok znów skupił na półce.
-Nie chciałam być wścibska.Kompletnie nie nadaję się do tej pracy.
-Nie byłaś wścibska-powiedział,spoglądając na jej plakietkę-Naomi.Jestem Luke.
-A więc w czym ci mogę pomóc Luke?
-Szukam jakiegoś perfum,idealnego dla prezent.
-A jakich ona zapachów najczęściej używa?Słodkie czy...
-Najczęściej jakieś owocowe-przerwał jej chłopak.
-Owocowe okay.To może ten-stanęła na palcach,aby zdjąć odpowiedni perfum,ale nie potrafiła dosięgnąć.
Luke zaśmiał się i z łatwością zdjął odpowiedni flakonik.
-Mówiłam-przypomniała mu-kompletnie nie nadaję się do tej beznadziejnej roboty.
-To czemu tutaj pracujesz?-spytał,wąchając zapach.
-Gdzieś muszę sobie dorabiać.Nie wiem czy przyjęto by mnie gdzie indziej.
-Przykro mi.To musi być beznadziejne.Wiesz,chodzić do pracy której nienawidzisz.
-Do dupy-przyznała mu rację,a zaraz potem doszło do niej,że dalej rozmawia z klientem.-To znaczy,ma pan rację jest całkiem beznadziejnie-poprawiła się,na co znów słodko się zaśmiał.
Naomi jeszcze nigdy nie widziała tak idealnego uśmiechu,a kolczyk w wardze sprawiał,że kilka głupich myśli pojawiło się w jej głowie,za co była zła sama na siebie.
-Przecież nie naskarżę na ciebie szefowi.Mam dopiero osiemnaście lat,nie musisz się do mnie zwracać "pan".Czuję się wtedy taki stary,straszne.
-Wybacz Luke.Jestem taka zmęczona tym wszystkim.Widzisz tą różową landrynę?-spytała,wskazując na kobietę około pięćdziesiątki,ubraną na różowo z dużym landrynkowym kapeluszem.Luke dyskretnie się spojrzał w jej stronę,nieco skrzywił i przytaknął.-Była tutaj dwie godziny.Dwie bite godziny szukając odpowiedniego perfum,aż w końcu stwierdziła,że nic jej nie odpowiada i jak gdyby nigdy nic wyszła.Jutro Wigilia,ludzie siedzą w domu,a ja?Przychodzę do pracy,to chore.
-Przykro mi-powiedział szczerze.Westchnęła.
-Chyba po prostu marzę,żeby ktoś przyszedł i powiedział "hej Naomi,zdejmuj te szpiki,zabieram cie na kawę".Zresztą nieważne.Jak perfum?
-Nie wiem jak to zrobiłaś,ale to strzał w dziesiątkę.Jest bardziej niż idealny.Wezmę go-uśmiechnął się szeroko.
-Zapraszam do kasy.
-Wiesz co Naomi?Może wcale nie jesteś aż tak beznadziejna w tej pracy. Wesołych Świąt.
Dziewczyna stała jeszcze tak jakiś czas z szerokim uśmiechem na ustach.Przyglądała się jak cudowny chłopak płaci za perfum,a później znika za drzwiami sklepu.Odwrócił się jednak jeszcze i z tym słodkim uśmiechem pomachał jej.W tym momencie tak strasznie zazdrościła jego przyszłej dziewczynie,której miał podarować perfum.Mimo,że rozmawiał z nią jakieś pięć minut,było to zdecydowanie najprzyjemniejsze pięć minut w tej pracy jakie miała.
        Dochodziła siódma,a na dworze było już zupełnie ciemno.Śnieg wcale nie padał mniej,wręcz przeciwnie.Wiatr był jeszcze silniejszy i było zdecydowanie jeszcze zimniej.
-Przykro mi Calum,że tu utknąłeś-powiedział starszy mężczyzna,nalewając chłopakowi do kubka kolejną porcję gorącej czekolady.
-Spoko Jack,nie narzekam-chłopak uśmiechnął się tajemniczo.
Byli w małej rodzinnej kawiarence Jack'a.Nie była to kawiarnia sławna na cały świat jak Starbucks,ale zdecydowanie była jedną z najlepszych w tej dzielnicy. Nie była ogromna,ale wnętrze miało swój klimat,głównie o tej porze roku.Plus mieli najlepsze gorące czekolady jakie Calum miał okazję wypić,a wypił ich na prawdę wiele.Teraz środek wyglądał na prawdę przytulnie.Czerwone pufy,stoliki pięknie przyozdobione białymi obrusami i czerwonymi,pachnącymi cynamonem świeczkami.Na oknach wisiały lampki świąteczne,mieniące się kolorowo.Cały blat barmana również był przyozdobiony,a obok sceny stała choinka.
-Na prawdę Calum jestem ci wdzięczny,że przyjdziesz jutro zagrać-Jack uśmiechnął się szeroko.
-Nie ma sprawy i tak nie miałem lepszych planów na Wigilię.
Calum był w Nowym Jorku sam.Rodzina została w Australii i miały być to jego pierwsze święta bez nich.Natomiast Jack był dla niego jak dziadek-przypominał go z wyglądu:typowy brzuszek i siwy wąs,a także z charakteru:zawsze miły i szeroko uśmiechnięty.Wyglądało na to,że on również nie miał większych planów na Wigilię i robił,krótki,świąteczny "koncert" w kawiarni,licząc że równie samotni ludzie wpadną i posłuchają kilku świątecznych piosenek w wykonaniu młodego,nieznanego zespołu.Nie przewidział jednego-nie znał żadnego zespołu.Dlatego o pomoc poprosił Calum'a,który był stałym klientem,uzależnionego od tutejszej kawy Ashton'a i tego wiecznie przygnębionego chłopaka Michael'a,który przychodził tutaj z tą swoją śliczną,zawsze uśmiechniętą przyjaciółką. Calum zadzwonił jeszcze do tego blond kolesia ze szkoły,z którym siedzi na angielskim-Luke'a bo jak się okazało chłopak trochę śpiewa i gra.
-Znasz tą dziewczynę?-spytał Calum,dyskretnie wskazując głową na niebieskooką.
-Niestety nie.Muszę iść na zaplecze,potrzebujesz czegoś jeszcze?
-Poproszę jeszcze jedną gorącą czekoladę.
Gdy tylko Jack zniknął za ciemnymi drzwiami,prowadzącymi na zaplecze Calum wziął oba kubki i bez pytania dosiadł się do stolika nieznajomej.Prawdopodobnie utknęła tutaj tak jak ok z powodu śnieżycy.Poza nimi była tylko jakaś staruszka siedząca na drugim końcu kawiarenki i jakaś młoda matka z dzieckiem. Calum położył na stole kubki,rozsiadając się wygodnie na miękkiej pufie.Dziewczyna oderwała wzrok od czytanej książki i spojrzała pytająco w stronę chłopaka.
-Zawsze uważałem,że seks z nieznajomymi jest o wiele bardziej podniecający,nie uważasz?-spytał chłopak,upijając odrobinę niebiańskiej czekolady.
-Proszę?
     Dziewczyna była nadzwyczaj ładna.Takiej jeszcze Calum nie widział.Większość wyglądała tak podobnie,miała blond włosy i tonę makijażu na twarzy.Ta była inna.Włosy miała czarne jak smoła,spięte w niechlujnego koka.Kilka kosmyków wydostało się z gumki i opadały swobodnie na jej twarz.Tak ciemne włosy były niewyobrażalnym kontrastem z jej jasną cerą. Calum stwierdził,że ma mleczną skórę,co innymi słowy oznaczało,że była po prostu blada.Ale coś w tej porcelanowej cerze było.Oczy również były wyjątkowe,bo zamiast ciemne jak jej włosy były jasnobłękitne.Duże,okalane przez wachlarz długich rzęs.Niebieskie jak ocean,jak szafir,piękne.Miała niespotykaną urodę,taką zimną,ale niesamowicie przyciągającą.Ubrana była zupełnie normalnie-w czarne spodnie i luźny,biały sweterek. Calum był teraz w swoim żywiole.
-Mówiłem właśnie,że seks...
-Tak,słyszałam-przerwała mu,wracając do lektury.-Nie pieprzę się z ludźmi,których nie znam.
Znów kompletnie ignorowała jego obecność,co strasznie zraniło jego męską dumę.
-Jestem Calum-przedstawił się.-A ty jesteś....?
-Niezainteresowana.
Uśmiechnął się jak to miał w zwyczaju.Intrygowała go.
-A więc Pani Niezainteresowana czemu siedzisz samotnie,dzień przed Wigilią w małej kawiarence Jack'a?
-Pewnie z tego samego powodu co ty-przewróciła stronę-przez obecną pogodę.
-Masz ogromne szczęście-wyszczerzył się.
-Czyżby?-uniosła brwi do góry.
-Przybyłem abyś się nie zanudziła na śmierć.Uczynię twój pobyt tutaj ciekawszym.
-Posłuchaj mnie kolego-zaczęła,zamykając książkę i odłożyła ją na stolik.-Lubię seks,ale nie jestem dziwką i jeśli liczysz na jakiś szybki numerek w toalecie,albo loda pod stołem to zapomnij,weź swoją czekoladę i idź poszukaj sobie kogoś innego.
-Auć.Zabolało.Nie dosiadłem się do ciebie z powodu seksu-powiedział urażony.
-Doprawdy?Bo twoje pierwsze zdanie,podsunęło mi co innego.
-Chciałem tylko rozluźnić atmosferę,wyglądałaś na spiętą-chłopak wzruszył ramionami.-Przyszedłem z powodu książki,którą czytasz-wskazał na leżąca na stole lekturę.
-Czytałeś?-spytała,rozsiadając się wygodnie.
-Oczywiście!"Love,Rosie" świetna!
-Och.Co uwiodło cie w niej najbardziej?
-Trudno wybrać-Calum znów wypił trochę czekolady.
-Nie wyglądasz na kogoś kto czyta takie babskie książki-zauważyła dziewczyna.
-Nie oceniaj ludzi po wyglądzie kochanie.Uwielbiam takie książki!
-A więc co sądzisz o Adamie?-spytała,uśmiechając się.
-Sprytnie złotko-Calum wyszczerzył się.-Nie musisz mnie sprawdzać,wiem że główny bohater nazywał się Alex i był zajebistą postacią,jedną z najlepszych.
Dziewczyna nieco się zdziwiła.
-Na serio czytałeś.
-Yep.
Calum postanowił zataić fakt,że o książce słyszy pierwszy raz i zanim podszedł do ciemnowłosej szybko wpisał w google tytuł i autorkę.
-Katie-przedstawiła się dziewczyna.
-A więc Katie,pozwól że wrócę do pierwszego tematu.Nie lubisz seksu z obcymi,ale my już tacy nie jesteśmy.Ja jestem Calum,a ty Katie.Znamy się.
-Jesteś bezczelnym małym Azjatą,który nie potrafi utrzymać ptaka w klatce-warknęła dziewczyna,ale chwilę później uspokoiła się.-Ale właściwie całkiem dobrze się z tobą rozmawia.Zboczeni ludzie są fajni.Co jeszcze mi powiesz Calum?
-Kiedyś,gdy chciałem dać dziewczynie znać,że ją lubię,zostawiałem im karteczki z cytatami z "50 twarzy Grey'a".
-Całkiem kreatywne.
-Napij się czekolady.Jest idealna-zaproponował,podając jej kubek.Upiła trochę.
-Rzeczywiście.A więc Calum,co robisz jutro?Jakieś Wigilijne plany?
Uśmiechnął się słabo.
-Nie jestem stąd.Rodzina została w kraju,więc będę sam-wzruszył ramionami.
-W Azji?-spytała.
-Nie jestem pieprzonym Azjatą!-krzyknął poirytowany,ale chwilę później znów się uśmiechał.Katie też się śmiała i nagle tak jakby ta cała śnieżyca nie była wcale aż taka zła.
-Istnieje dla ciebie związek bez seksu?
-Co to znaczy "bez seksu" Katie?
-No nie wiem,że dziewczyna chciałaby poczekać do ślubu.
Calum zastanowił się przez chwilę.Nigdy takiego pytania nie dostał.
-Teraz traktuję to jak zabawę,ale gdybym ją kochał,poczekałbym.
Ciemnowłosa uśmiechnęła się lekko.Hood dalej nie potrafił się napatrzeć na te duże,błękitne oczy.Były niesamowite.
-Opowiedz mi coś o sobie-zaproponował.
     Czas mijał na piciu gorącej czekolady,kubek za kubkiem i na rozmowie.Śmiali się,mówili o książkach,o rodzinach bo jak się okazało Katie też nie była  z Nowego Jorku.Calum co jakiś czas dodawał jakąś zboczoną uwagę co normalne dziewczyny mogłoby nieco odpychać,ale Katie uważała,że jest zabawny.Rozmowę przerwał telefon Calum'a.Dzwonił ten jego kolega ze szkoły,Luke.Brązowooki przeprosił na chwilę dziewczynę i oddalił się z telefonem na drugi koniec kawiarni.Rozmawiali chwilę,jak się okazało Luke nie mógł jutro z nimi zagrać.Gdy Calum wrócił stolik,przy którym siedzieli był pusty,a po Katie nie było śladu.
-Wychodzę Jack-krzyknął,zostawiając napiwek ulubionemu staruszkowi.
         Był dwudziesty czwarty grudnia.Na dworze pogoda już się nieco ustabilizowała.Dalej było niewyobrażalnie zimno,ale śnieg już nie sypał jak oszalały,a jedynie lekko prószył.Były Święta Bożego Narodzenia.Ludzie szykowali się do świątecznej kolacji,choinki błyszczały w domach pięknie przyozdobione,czekając aż włoży się pod nie prezenty.Dzieci zniecierpliwione wyczekiwały pierwszej gwiazdki na niebie.Był to ten dzień gdy wszystko wyglądało magicznie,a na twarzach ludzi widniały uśmiechy.Stary Jack uśmiechał się jak zawsze.Chłopcy już rozstawiali cały sprzęt na niewielkiej scenie.Wprawdzie kawiarnia była prawie pusta,ale mężczyzna cieszył się,że może zapewnić rozrywkę tej niewielkiej garstce ludzi,którzy siedzieli cierpliwie przy stołach i popijali gorącą czekoladę.Nie były to tłumy z koncertów One Direction.Przy jednym stole siedziało pięć starszych pań,które wyglądały jakby spotkały się pierwszy raz od trzydziestu lat.Przy innym siedziało trzech kolegów po trzydziestce.Wyglądali na poważnych pracowników,ale będąc w swoim towarzystwie zamieniali się w dzieci.Jakaś kobieta siedziała z trójką swoich pociech,były też dwie pary po dwudziestce i jedna dziewczyna o ciemnobrązowych oczach i długich kręconych włosach.Siedziała w białej sukience i z ogromnym uśmiechem,przyglądała się zespołowi.A może tylko perkusiście?
-Hej a więc jestem Calum-zaczął chłopak,gdy wszystko już było gotowe.-Dzisiaj będziemy dla was grać.Niestety nie mamy jeszcze nazwy,nie jesteśmy zbyt kreatywni,plus zabrakło naszego głównego wokalisty,który miał jakąś ważną sprawę do załatwienia,mimo to damy z siebie wszystko.Na moje lewo stoi Michael,a tam z tyłu siedzi Arnold.
-Ashton!-krzyknął chłopak zza perkusji.
-Ashton-Calum poprawił się szybko.-Wybacz stary-dodał ciszej do chłopaka.
Chłopcy zaczęli grać.Leciały takie hity jak "Last Christmas","Alli I Want For Christmas Is You","Baby It's Cold Outside" i wiele innych w ich własnej interpretacji.Cały mini koncert trwał godzinę.Ledwo się skończył,Calum nie zdążył nawet jeszcze podziękować,a Michael odłożył gitarę,ubrał płaszcz i szybko wybiegł z kawiarni.
           Luke Hemmings po raz kolejny poprawił swoje włosy i sprawdził jak wygląda w tym garniturze.Zabrał mały pakunek,owinięty czerwonym papierem i grubą,złotą wstążką.Ubrał kurtkę i szal i wyszedł z mieszkania.Zamówił taksówkę,chwilę poczekał i już po paru minutach był na miejscu.Stał przed szpitalem,wziął głęboki wdech.Wszedł do środka,pojechał na ostatnie piętro windą.Wysiadł,bez problemu odnalazł salę.Stwierdził z przykrością,że bywa tu tak często,że nawet z zamkniętymi oczami trafiłby bez trudu do pokoju numer 416.Zapukał cicho i wszedł do środka.
-Cześć piękna-przywitał się,wieszając czarny płaszcz na wieszaku.
-Hej Lucas.Z każdym tygodniem wyglądasz coraz lepiej-przyznała dziewczyna,uśmiechając się słabo.
Blondyn wziął stare,pomalowane na błękitno krzesło i postawił je przy łóżku.
-Jak się czujesz?-spytał,dając jej buziaka w policzek.
-Z każdym dniem lepiej-powiedziała,a chłopak poczuł dziwne ukłucie w klatce piersiowej.Wiedział,że nie było lepiej,ona też to wiedziała.
-Jesteś zmęczona?
-Troszkę.Ale poświecę ci odrobinę czasu,skoro już przyszedłeś-uśmiechnęła się szeroko,a w jej policzkach ukazały się dwa głębokie dołeczki.
Ogólnie była bardzo podobna do niego.Też miała duże,niebieskie oczy i piękny uśmiech.Włosy również były gęste i blond zanim wypadły.
-Wesołych Świąt siostrzyczko-powiedział,dając jej kolejnego buziaka.
-Pamiętałeś o mnie Luke.
-Nigdy o tobie nie zapomnę Lily.
-Tobie też wesołych świąt.
Była od niego starsza o pięć lat,a z chorobą walczy już od sześciu.Luke poczuł jak zbiera się w nim na płacz i z trudem powstrzymał łzy.Nie chciał płakać,chciał spędzić z nią Wigilię,chciał żeby byli oboje uśmiechnięci.Bo być może to była już jej ostatnia.
-Kupiłem ci prezent-powiedział w końcu,podając jej pakunek.
Oczy zaświeciły jej się z radości i ciekawości.Delikatnie odwiązała wstążeczkę,a potem rozerwała papier.Uśmiech na twarzy Luke'a był niekontrolowany.Cieszył się,że mógł sprawić jej odrobinę radości.Dziewczyna wyjęła perfum i powąchała.
-I jak?-spytał chłopak.
-Luke,jest idealny!-pisnęła zadowolona.Od razu popsikała się nim.-Dziękuję-dodała,przytulając mocno brata.
Siedział u niej do dziewiątej,bo później czas odwiedzin się skończył i musiał opuścić jej pokój.Ale to może nawet dobrze,Lily była tak zmęczona,że niemal od razu zapadła w sen,a Luke miał jeszcze jedno miejsc do odwiedzenia.
            -Byliście na prawdę dobrzy Calum-przyznał Jack-mam u was dług.
-Tak,należy mi się kubek gorącej czekolady za free.
-Wczoraj tak szybko wyszedłeś.
-Popsuł mi się humor-wytłumaczył chłopak.
-Ta dziewczyna,ta z którą rozmawiałeś zanim wyszła zostawiła dla ciebie karteczkę.
-Co?-Calum ledwo utrzymał się na nogach.-Jaką karteczkę?
-Koleżanka po nią przyjechała,żeby nie musiała wracać do domu pieszo w tej śnieżycy.Kazała ci to dać-Jack wyciągnął spod baru małą,złożoną na pół karteczkę.
-Dzięki.
Calum z uśmiechem przeczytała jej zawartość.
"-Uważam,że próbujesz mnie zabić-mamroczę.
-Śmierć przez orgazm. (...)
-Za każdym razem możesz mnie tak zabijać - szepczę." i pod spodem adres.
-Wychodzę Jack-krzykną Calum,ubrał kurtkę i już go nie było.Zadzwonił po taksówkę i po piętnastu minutach był na miejscu.Zauważył,że Katie mieszka niedaleko niego.Wbiegł schodami na trzecie piętro i zadzwonił do drzwi.Zdziwił się gdy doszło do niego,że się stresuje.Po krótkiej chwili otworzyła drzwi.Długie,czarne włosy sięgały prawie do pasa.Ubrana była w prostą białą sukienkę,która kontrastowała z włosami.I te oczy.Bystre,czujne,intensywnie niebieskie.Dalej patrzyły na niego,a ich błękit sprawiał,że kolana się pod nim uginały.Uśmiechnął się zadziornie i wyciągnął karteczkę z kieszeni.
-Dostałem zaproszenie na Wigilię-powiedział.
          Michael zdążył w ostatniej chwili.Wleciał jak strzała do przebieralni i ubrał pospiesznie czerwony strój.Tym razem nie przeklął ani razu zakładając białą brodę,która tak bardzo go irytowała.Zapiął czarny pas i włożył czapkę.Poszedł do pokoju zabaw.Od razu zauważył Gracey,mimo że stała tyłem i była w przebraniu elfa.Uśmiechnął się lekko na ten widok.
-Ho ho ho!Mikołaj już jest!-krzyknął i momentalnie wszystkie dzieci zaprzestały tego co robiły i skupiły całą swoją uwagę na nim.
Grace też się odwróciła.Zdziwienie malowało się na jej twarzy,ale po chwili zastąpił je uśmiech.Ten cudowny uśmiech,dla którego Michael był w stanie zrobić wszystko,byleby tylko znów go zobaczyć.W całym sierocińcu rozległy się krzyki radości i śmiech.Dzieci kolejno podbiegały do Świętego Mikołaja,wieszały mu się na szyi,przytulały go,dziękowały mu.I wtedy tak jakby Michael był sam na siebie zły,gdy pomyślał z jaką nienawiścią myślał o sierocińcu i mocno przytulał każdego z dzieciaków.Później Mikołaj rozdał prezenty.Jedli ciastka i bawili się z dziećmi przez trzy godziny.W końcu Clifford podszedł do małej dziewczynki,która tak utkwiła mu w pamięci.
-Mikołaj spełnił twoje życzenie księżniczko-zaczął.-Znalazłem ci rodzinę,u której spędzisz Wigilię,dokładnie taką o jakiej marzyłaś.Jak odjadę z moimi pomocnikami,przed sierocińcem będzie czekał na ciebie czerwonowłosy chłopak.Nazywa się Michael i jest kompletnym idiotom.Chyba musisz mu pokazać na czym polegają święta.Zaprasza cie do siebie na Wigilię i-nie dokończył.Dziewczynka mocno go przytuliła co odwzajemnił z radością.
-Dziękuję Mikołaju,kocham cię-wyszeptała mu do ucha.
Gdy Michael poszedł się przebrać,ktoś zapukał do drzwi.Nie czekała na "proszę" i weszła do środka.
-Gracey przepraszam ja-zaczął,ale znów nie dane było mu dokończyć.
Dziewczyna podeszła do niego i pocałowała delikatnie.Gdy się odsunęła Michael widział rumieńce na bladych policzkach.
-No kto by pomyślał, Michael wcale nie jest takim nieczułym kutasem jak się wydaje.Dziękuję Cliffo,to duży gest z twojej strony.
Uśmiechnął się.
-Wiesz z tego co Mikołaj słyszał ty również masz zaproszenie na Wigilię u Clifford'ów.O ile nie gniewasz się na ich głupiego syna.
           Amanda wytarła ostatni stolik.Sama była zaskoczona,że z tak ogromnym entuzjazmem zaproponowała zostać i pomóc sprzątać.Może to dlatego,że i tak nie miała nic lepszego do roboty,albo dlatego,że chciała spędzić trochę czasu z Ashton'em a z nim to nawet sprzątanie było zabawą.
-Nie musiałaś zostawać-powiedział.
-Ale chciałam-to było głupie,ale po tym jak ulepili armię bałwanów z Harry'm,doszło do niej,że Irwin jest męską wersją jej samej i,że przy nikim nie czuła się tak dobrze.
-Możesz tutaj na chwilę podejść?-spytał,stojąc przy scenie.
Odłożyła ścierkę i z uśmiechem zrobiła o co ją poprosił.
-Co?-spytała,stając obok.
-Jeszcze odrobinę bliżej-przysunął ją do siebie.Nie opanowała rumieńca,który wkradł się jej na twarz.-Idealnie.
-Co się stało?-spytała.
-Patrz.
-Gdzie?
Wskazał na górę.
-Jemioła-powiedział.-Przypadek?Nie sądzę.
Zaśmiała się. A potem do niej doszło co powiedział.
-Czekaj-odsunęła się o krok.-Boże,pocałujesz mnie teraz?
-No...taki miałem zamiar.
-Boże tak teraz,tutaj?
-Jeśli nie chcesz to...
-Nie,oczywiście że chcę!-przerwała mu od razu,po czym zbladła gdy doszło do niej,że powiedziała to na głos.Uśmiechnął się.-Zepsułam wszystko?-spytała.
-Jeszcze nie.
Podszedł do niej i nachylił się trochę.Chwilę później Amy czuła już jego wargi na swoich.Całował ją powoli,jakby rozkoszował się każdą sekundą.Później nieco bardziej pożądliwie.Kończąc przygryzł jej wargę.
-A więc-zaczął,dalej stojąc bardzo blisko i stykając się swoim czołem o jej-masz jakieś plany?
-Nope.
-To co powiesz na tą kawę?
-Z przyjemnością-uśmiechnęła się.-Kocham kawę-dodała na co się zaśmiał.
-Oj wiedziałem,że jesteś idealna.Potem może pójdziemy na lodowisko?
-Jest otwarte dzisiaj?
Podał jej kurtkę.
-Nie,przecież jest Wigilia.Możemy się włamać-wzruszył ramionami.
-Robiłeś to już kiedyś?-spytała,gdy szli w stronę Starbucks'a.
-Ja...to nieco osobiste pytanie,ale no...Nie pieprzę każdego dnia,ale prawiczkiem też nie jestem.
-Co?-Amy spojrzała na niego spod długich rzęs.-Chodziło mi o włamywanie się na lodowisko.
-A to!Nie,ale kiedyś z kumplami wkradliśmy się na basen,to prawie to samo.
-Jeszcze jedno pytanie.
-Tak?
-Ty powiesiłeś tam tą jemiołę?-spytała,uśmiechając się szeroko na samą myśl o pocałunku.
-Nie Amando,to był przypadek-Ashton dał jej szybkiego buziaka w policzek i uśmiechnął się lekko na to krótkie wspomnienie.
-Tak dobrze Ash?-spytał Luke,wieszając kolejną jemiołę.
-Może być.Powieś jeszcze kilka przy scenie.
-Na jaką cholerę aż tyle tego potrzebujesz?-blondyn zachwiał się i z  trudem utrzymał równowagę na drabinie.
-Chcę mieć pewność-Irwin wzruszył obojętnie ramionami.
-Jak dalej tak pójdzie,całować będziesz Calum'a.Nie wieszam na scenie i koniec kropka.
           Naomi patrzała pustym wzrokiem na półkę z najdroższymi perfumami.Była bardziej niż znudzona i zła,że została tutaj sama.Już nawet wizja oglądania "Kevin sam w  domu" w salonie z michą popcornu wydawała jej się lepsza.Wtedy ktoś zapukał w szybę.Odwróciła się zaskoczona.Stał tam chłopak,o którym zapomnieć nie mogła.Uśmiechał się szeroko,a ten cholerny kolczyk znów mieszał jej w głowie.Pomachał jej i wszedł do środka.
-Luke?Co ty tutaj robisz?-spytała zdziwiona.
-Hej Naomi-przywitał się.-Zdejmuj te szpilki,zabieram cię na kawę.
-Żartujesz?-spytała,ale uśmiech już zdążył wkraść się jej na twarz.
-Może być Starbucks?Albo znam taką świetną kawiarenkę.Nieduża i mało znana,ale serwują tam najlepsze gorące czekolady jakie istnieją-uśmiechnął się szeroko.
           I tak mijał dwudziesty czwarty grudnia.Mała ciemnowłosa dziewczynka spędzała najlepsze święta swego życia.Wylizywała łyżki po polewach do ciastek,była traktowana jak gość honorowy,którym zresztą była.I dostała tyle prezentów,że normalnie Michael byłby nieco zazdrosny,jedna nie dzisiaj.Siedział w salonie z Grace i oglądali Kevin'a po raz kolejny,jak każdego roku.Ponoć ta dziewczyna,która przyjechała do Nowego Jorku nie spędzała Świąt samotnie.Ktoś widział zapalone światło w pokoju i jak jakiś Azjata pukał do jej drzwi.Ten poczciwy starzec Jack serwował właśnie kolejną kolejkę gorącej czekolady,bo nawet o tej godzinie jego kawiarenka nie była pusta.Jakiś chłopak siedział przy stole z niską blondynką,której uśmiech nie schodził z twarzy.Śmiali się,rozmawiali o wszystkim i o niczym.Słyszałam też,że ktoś włamał się na miejscowe lodowisko.To były dobre Święta.



Merry Christmas my darlings ♥ 


11 komentarzy:

  1. One shot genialny, ale czy mogla bys powiedziec kiedy będzie rozdzial. Pisalas w boatace pod rozdzialem że będzie przed św. Wiem pewnie pracowałas nad tym cudeńkiem i wiem, że ciężko pisze się na wyznaczony czas sama często nie dotrzymuje słowa na temat wrzucania postów, ale mam nadzieję że do sylwestra się pojawi. <3 :3 :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przepraszam,ale chyba się przeceniłam bo przed świętami nie miałam czasu nawet w spokoju na spacer z psem wyjść
      dodam na pewno w tym roku aniołku ♥

      Usuń
  2. Świetne! Bardzo mi się podobały! A więc święta już minęły, ale za to życzę ci szalonego sylwestra i dobrej zabawy :)
    Czekam na nexta Twojego ff =D

    OdpowiedzUsuń
  3. Jess.
    "A co jeśli to podoba się tylko mi i okaże się, że całkowicie to zwaliłam?"
    A więc tak. To. Przerosło. Moje. Najśmielsze. Oczekiwania. Amen.

    Rozpiszę się schematycznie (uwielbiam komentować schematycznie, wybacz <3)

    Michael
    Pomysł z sierocińcem na wstępie skradł moje serce. To takie smutne i takie prawdziwe. A ich pomysł taki szlachetny, że normalnie serducho mi się cieszy jak na to patrzę. Grace to złota dziewczyna. A on złoty chłopak, bo się na to zgodził. Ta bitwa przy robieniu ciasteczek.... I ta dziewczynka. Gdyby nie irytująca broda, Michael by nie odmówił, Grace by nie uciekła, a on by tam tak ochoczo nie wrócił, nie spełniłby życzenia tej dziewczynki, a może i nawet nie byliby parą. Podziękować brodzie, to wszystko jej zasługa

    Calum
    Ok, więc tak. Nigdy w życiu nie spotkałam się z tak wielkim miłośnikiem gorącej czekolady. Jego tekst na wejście - no po prostu idealny sposób na rozluźnienie atmosfery, serio. Punkt dla niego za spryt. Jak wyjechał z tym głównym bohaterem, to normalnie widziałam i słyszałam "I co? Zatkało kakao, tzn gorąca czekolada?". Tak dokładnie, słyszałam i widziałam. Tak mi go było szkoda, jak wrócił, a tam nikogo nie było... Na szczęście (i możemy za to wznieść toast gorącą czekoladą) wyszło z tego "To nie tak, jak myślisz kotku", bo zostawiła jakże oryginalne zaproszenie na wigilię

    Luke
    Ja też znam ten problem z wyborem prezentu, nie jesteś sam. No ale ostatecznie przywiodło Cię do Naomi. Szkoda, że to ta "różowa landryna" nie była w tym sklepie przez 5 minut, a Luke te bite dwie godziny (mam nadzieję, że nie za mocno). Wyszło jak wyszło. A wyszło. W pokoju 416. I znowu smutek z sierocińca Michael'a powrócił. I to "Bo być może to była już jej ostatnia." Normalnie miałam ochotę płakać. Lily, takie ładne imię...

    No i w końcu (tak, jak się jeszcze nie domyśliłaś, to mój faworyt z tego one shot'a)... Ashton
    Na początku trio: Amanda, Clinton i Tyler. I tak się zastanawiam, kogo tutaj dasz... A potem ni z tego ni z owego pojawia się chłopak, na którego (na szczęście) wpada Amy, czyli Ash. Uprzejmy, miły, z poczuciem humoru... Nie mogła trafić lepiej. I co najlepsze, zaoferował jej pomoc, nie byle jaką. W końcu nie każdy potrzebuje chłopaka na niby od zaraz. Pomysł z nauką jazdy na łyżwach, kreatywnie. I efektownie, w końcu wywołało wilka z lasu. Ale przecież jest Ashton, wyratuje z opresji. I wyratował. I jest wszystko pięknie, ładnie i nagle takie "ej, on zapomniał brata" A jak się okazał, że to Harry, to nie wiedzieć czemu "ustawiłam sobie" za niego mini Hazzę... (Uwierz mi, ja też wiem, że to dziwne) No mniejsza. Ale jednym stwierdzeniem bardzo mi przypadł do gustu, a mianowicie; "...bo wolałeś bawić się z twoją koleżanką Amy." I miałam wrażenie, że Ashtonowi również bardzo się ono spodobało. A za Amandę podstawiłam sobie Claire Holt. Ale na to wytłumaczenie jest, sama wiesz jakie. No i sytuacja w kawiarence. Na to mam tylko takie jedno wielkie "awwwww". A na koniec retrospekcja, która po prostu wygrała całego one shot'a. "Przezorny zawsze ubezpieczony" jak to mówią.
    -----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
    Jeśli dotrwałaś do końca, to moje gratulacje, podziwiam. :D
    Tak samo, jak podziwiam to, że większość napisałaś dzisiaj.
    No i do tego całego podziwiania dorzucę jeszcze to, że Twoje pomysły są na wagę złota.
    Tak, podobało mi się.
    Tak, bardzo mi się podobało
    Tak, cholernie mi się podobało
    Tak, jak tylko napisałaś, że wstawiłaś, dostałam ataku fangirlingu
    Tak, jak zaczęłam czytać, szczerzyłam się do monitora jak nie wiem
    Tak, jak czytałam, zaczęłam się szczerzyć jeszcze bardziej
    Tak, jak skończyłam, miałam ochotę przeczytać jeszcze raz
    Tak, to wszystko wyżej to prawda

    Nie przedłużając (wiem, trochę za późno), Jess, zakochałam się w tym poście. Amen

    Kocham <3
    Ada

    OdpowiedzUsuń
  4. Kochana Jess! Boże no normalnie zakochałam się! Każda część jest idealna, ale (tu ryzykuję życiem wiem) z Ashton'em jest najlepsiejsza, a szczególnie dwa dialogi, które u mnie wygrały życie:
    1)Wszystko się pieprzy.Jednego dnia jestem dziewczyną Pana Idealnego,a następnego jestem najbardziej samotną osobą na świecie.Nawet mój kot ma mnie w dupie!Zerwał ze mną rozumiesz?!
    -Kot?-spytał,ale zaraz tego pożałował.
    -Nie kot debilu,Tyler!Byłam w swoim pokoju,oglądałam "Love Actually",a tu nagle dostaję sms'a!SMS'a!Rozumiesz to?
    2) Przeszli kawałek,kiedy Ashton nagle się zatrzymał i puknął w czoło.
    -Zapomniałem!
    -Czego?
    -Brata!Daj mi chwilę,zaraz wracam-powiedział i pobiegł z powrotem w stronę lodowiska.
    Normalnie rżałam jak głupia. Tym bardziej iż dziś w ogóle mam jakiś dobry humor i w ogóle.. Noo... Także ten więcej takich "jedno-rozdziałowych" opowiadań, bo wychodzą Ci przecudownie!!! Dużo weny i jeszcze raz WESOŁYCH ŚWIĄT, HUCZNEGO SYLWESTRA AND SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU! Pozdrawiam i zapraszam do siebie: http://one-moment-can-change-everything-1d.blogspot.com/ ;*

    OdpowiedzUsuń
  5. BOZE JESS KOCHAM CIE TAK BARDZO ZE AZ BOLI OK

    TEN ONE SHOT TO PIEPRZONE ZYCIE

    JEJU KOCHANIE

    CZYTAJĄC TO MIAŁAM W GŁOWIE COŚ W STYLU FILMU
    you know, taki w stylu ,,Listy do M" albo ,,Sylwester w Nowym Jorku" gdzie w jednej historii są przedstawione wątki kilku bohaterów, których każdego z każdym coś łączy.
    I o ile takie filmy przemawiają do mnie średnio, TWÓJ ONE SHOT JEST W MOIM SERDUCHU OK

    i to wszystko na tle świąt

    Jezu, taki Ashton
    JEZU taki Mike
    JEzU taki Calum
    JEZU TAKI LUKE

    NIe, po prostu I cant

    to jest tak barzo cudowne, aniołku, kocham CIę max, uwielbiam twoje historie, które zawsze trafią do mojego serca.
    I twoje teksty, bez których one shot Jess nie byłby one shotem Jess.

    Naprawdę misiu, kocham tą historię.
    Jeśli coś mogłoby mi w jakimś stopniu wynagrodzić stratę Horana (TAK TO JEST DLA MNIE STRATA OK bo każde twoje opoiwiadanie sobie jest w moim serduchu i każdy bohater sobie tam siedzi i sobie żyje, cóż, może już poza Niall`em [*] )
    to tylko ten one shot mógłby to zrobić.
    Naprawdę kocham tą historię tak jak kocham Ciebie, pyszczku ♥ (ej ale pyszczek jest awh, nie? :3 )
    W KAŻDYM RAZIE
    uwielbiam to, uwielbiam Ciebie ♥
    weny misiu <3

    OdpowiedzUsuń
  6. UWAGA ! Wow nikt sie mnie tu nie spodziewał, ale oksy.
    Kim ty kurwa jesteś?
    A no starsza siostra Jess, oddalona o pierdyliard kilometrów od niej, nigdy jej nie widziałam, nie zwracajcie na mnie uwagi.
    ALE JESS !
    no rzeczywiście tu jestem, wiem że jeśli to czytasz mówisz, na chuj ona tu wparowała skoro żadnego mojego opowiadania nie czyta ?! (PRZEPRASZAM PO STOKROĆ ALE SAMA ROZUMIESZ ŻE CZAS TO NAJWIĘKSZY SKURWYSYN)
    jestem i przeczytałam całego tego one shota co do joty z bananem na ryju (bo piłam w tym czasie cztery drinki, ale nevermind) i musze powiedzieć że jest niesamowity .
    chciałabym choć raz spędzić takie święta, gdzie Ashton będzie rozstawiał wszędzie jemiołę, żeby mnie pocałować (i od razu przepraszam bo wiem że cię wkurwiłam)

    Tak więc... ja jestem beznadziejna w pisaniu komentarzy, składaniu życzeń i pierdyliardzie innych czynnościach, ale jakoś spróbuję.

    u Michaela cały ten pomysł z sierocińcem był uroczy i taki awh a wgl że on zabrał tą dziewczynkę do siebie na święta było tak w chuj rozkoszne, że o jejku mam teraz tęczę nad głową i kolorowe gwiazdeczki i oczywiście Grace ! tu niby nic ten tego a tu jednak coś tam TEN TEGO i wgl omfg Jess ! <3
    u Luka ofkors musisz deptać moje poszarpane nerwy tak? czy wyście z Lucyną powariowały z tymi szpitalami i chorobami no na litość boską ! UGH. aczkolwiek Naomi ^^ uuuchuchu czyżby sex drugs and rock'n'roll ?! (bez dragów i rokendrola) to jest cudne i ten tekst o szpilkach i kawie asdfghjkl tak chcę poproszę !
    a Calum. cóż ja mogę dodać? Calum mistrzem i niech ktoś spróbuje zaprzeczyć :D wgl Jess te twoje sprośne teksty (wszędzie) są tak zabawne i tak idealne że o BOŻE serio nie wiedziałam że można tak pisać ;o
    kawałka Ashtona na nie będę komentować bo chyba być przywlokła mnie za kłaki z Kielc do Bytomia i pokroiła na kawałeczki wyrzucając w otchłań nienawiści więc... wolę nie ryzykować xd (ale jeju te wszystkie kawałki o Ashu były idealne serio <333 )

    __/\__/\__/\__________/\_________________ <-- moje tętno przy czytaniu ;3


    PODSUMOWUJĄC
    Zacne to było i to jak ! życzę weny misia jeszcze więcej i w chuj czasu na czytanie innych blogów (ehem ehem i'm still ehem waiting)
    dziękuję za tego shota był cudowny *,*
    kocham cię <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Żeby twój blog należał do spisu musisz dołączyć do obserwatorów. Jeśli nie zrobisz tej czynności w ciągu 4 dni twoje zgłoszenie zostanie usunięte.

    OdpowiedzUsuń
  8. OMG!!! to był najlepszy one shot jaki czytałam!! :D wszystkie te historie były świetne i na prawdę słodkie :3 na 100% na długo zapadną mi w pamięć :)
    dziękuje że poświęciłaś tyle czasu na stworzenie czegoś tak wspaniałego! :D to najlepsze zakończenie świąt jakie mogłabym sobie wymarzyć :*
    Kochana, jako że jest już po świętach to życzę Ci udanego Sylwestra i żeby ten Nowy Rok był cudowny dla Ciebie :)
    pozdrawiam i do przeczytania :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Zapraszam na moje FF o Luke'u:
    http://angels-never-fall.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń