Son

poniedziałek, 4 maja 2015

Rozdział 25

17.06.2013 r.



Jak herbata z rumem na werandzie...



Drogi pamiętniku,
to był zdecydowanie okropny dzień.Luke przeżywał to wszystko jeszcze gorzej niż sądziłam.Widywałam go już w różnych odsłonach,widziałam jak płacze i to nie raz,ale nigdy tak jak dzisiaj.I to bolało,tak cholernie bolało bo on cierpiał,a ja nic nie mogłam zrobić.Jeszcze nigdy nie czułam się tak bezużytecznie.Najwyraźniej jestem ostatnią osobą,która jest w stanie pocieszać,czy powiedzieć coś właściwego w takich sytuacjach. Kelsey Tate jest tą co tylko wszystko pogarsza.
Budzik zadzwonił równo o siódmej.Nie pamiętam jak Luke wychodził,ani kiedy odpłynęłam.Okno było uchylone,co sprawiło,że lekko się uśmiechnęłam.Byłam ciekawa jak długo tak ze mną siedział.Wygrzebałam się z pościeli i niechętnie podeszłam do szafy,na której była przyklejona karteczka "będę o 10".Zerwałam ją i schowałam,po czym dokładnie przyjrzałam się zawartości szafy.Po raz kolejny stwierdzam,iż przeważająca czerń w mojej szafie jest plusem.Ostatecznie wygrzebałam dwie czarne sukienki,o których zupełnie zapomniałam.Wybrałam tą z długimi rękawami,rozkloszowaną gdzieś od połowy brzucha.Powiesiłam ją na krzesło i zabrawszy kosmetyczkę,poszłam do łazienki.
-Kelsey?!-dobiegł mnie głos mamy z dołu.Poczułam się dziwnie spokojna i szczęśliwa,że jest w domu.Jeśli chodzi o mnie mogłabym codziennie rano spotykać się z nią w kuchni.
-Idę do łazienki!-odkrzyknęłam,chwytając za klamkę.
-Możesz tutaj na chwilę zejść?!-spytała,więc zostawiłam kosmetyki na półce przy zlewie i leniwym krokiem zeszłam na dół.
Siedziała w salonie.Nadal była w piżamie,jednak jestem pewna,że nie śpi już od co najmniej godziny.Włosy miała spięte na czubku głowy.Poprawiła swoje okulary,gdy spojrzała na mnie znad sterty papierów.
-Co robisz?-spytałam,siadając naprzeciw niej.
-Papierkowa robota-uśmiechnęła się krzywo,dodając-nic interesującego.
Kiwnęłam twierdząco głową.Upiła trochę parującej kawy,po czym spytała:
-Czemu tak wcześnie wstałaś?
-Nie mówiłam ci?Jadę z Luke'm na pogrzeb jego babci.
Zmarszczyła brwi,przeszukując granatową teczkę.
-Przykro mi Kelsey,ale nigdzie dzisiaj nie pójdziesz-powiedziała obojętnie,nawet na mnie nie patrząc.
-Co?Czemu?-spytałam,trochę głośniej niż powinnam.
-Wczoraj pobili twojego ojca,więc jak długo zostanę w domu tak ty masz zakaz wychodzenia.
Patrzałam na nią z niedowierzaniem.Myślałam,że tylko sobie żartuje,jednak myliłam się.
-Jest ranek,a nie wieczór,poza tym jadę z Luke'm i-zaczęłam,ale przerwała mi.
-Nie obchodzi mnie to Kels.Zostajesz w domu i już.Zadzwoń do Luka,przeproś go i wytłumacz sytuację.To mądry chłopak,na pewno zrozumie.
-Do nikogo nie zadzwonię mamo-powiedziałam twardo-bo nie zamierzam zostać dzisiaj w domu-dodałam,wstając i pobiegłam na górę.
Zamknęłam się w łazience,trzaskając drzwiami.Sama nie do końca wiedziałam,czemu aż tak bardzo się zdenerwowałam.Jednego byłam pewna-pojadę na ten cholerny pogrzeb czy jej się to podoba czy nie.Szybko się uspokoiłam i zabrałam się za przygotowywanie do wyjścia.Umyłam włosy,wysuszyłam je i pomalowałam się.Gdy kończyłam spinać włosy,ktoś zapukał do drzwi.
-Kelsey kochanie,chcę żebyś wiedziała,że nie robię ci tego na złość.Po prostu martwię się o ciebie-powiedziała,na co przewróciłam oczami.
-To się nie martw-mój ton był pozbawiony emocji.
Zabrałam swoje rzeczy i poszłam do mojego pokoju.Mama siedziała na łóżku ze skrzyżowanymi rękami.
-No co?-spytałam zrezygnowana.
-Nie idziesz.Czy wyrażam się jasno?
-Do cholery mamo nic nie rozumiesz!
-Wszystko rozumiem Kelsey-przerwała mi-jestem twoją matką i boję się o ciebie.Dzisiaj zostajesz w domu i koniec dyskusji.Jestem prawnikiem ze mną nie wygrasz-dodała i wyszła z pokoju.
Stałam przez chwilę,patrząc na zamknięte drzwi i ciężko oddychając.Tak bardzo nie chcę się z nią kłócić,zwłaszcza,że tak rzadko jest w domu.Ale właśnie to fakt,że tak rzadko tutaj jest sprawia,że nie ma prawa pierdolić mi,że się o mnie martwi.Wychodząc z domu nigdy nie wiemy tak do końca co nas czeka i co się może wydarzyć.Luke mógł pobić tatę w każdy inny dzień,gdy ona byłaby w pracy i nawet by o tym nie wiedziała.Czułam narastającą złość.Usiadłam na łóżku aby się trochę uspokoić.Sprawdziłam godzinę-było już po dziewiątej.Ubrałam wcześniej naszykowaną sukienkę i buty.Przez jakiś czas nerwowo chodziłam po pokoju dla zabicia czasu.Pewnie dalej nie opuszczałabym sypialni,gdybym nie dosłyszała fragmentów rozmowy telefonicznej mamy.Zbiegłam natychmiast na dół.Stała w kuchni,opierając się o blat.
-Oddzwonię do ciebie-powiedziała,zauważając mnie i zakończyła rozmowę.
-Co robisz?-spytałam.
-Uspokój się Kelsey-przewróciła tylko oczami i odwróciła się,aby dolać sobie kawy.
-Pytam co robisz-powtórzyłam,podchodząc do niej.
Westchnęła jakby zmęczona tą rozmową.Zmęczona mną.
-Zamierzam dowiedzieć się kto tak okrutnie pobił twojego tatę i dopilnować aby poniósł odpowiednie konsekwencje.
Na samą myśl o tym,robiło mi się słabo.Musiałam podtrzymać się blatu,aby utrzymać równowagę.Dobrze wiem,że dla niej takie coś to pestka.Ma kontakty praktycznie wszędzie i nie minie dużo,a Luke wyląduje...właściwie nawet nie wiem gdzie,nie chcę o tym myśleć.Patrząc na nią i na to z jaką powagą traktuje całą sytuację,jestem pewna,że nie odpuści sobie tego tak łatwo.Musiałabym wymyślić coś gorszego czym mogłaby się zająć.
-Tak właściwie gdzie jest tata?-spytałam w końcu,aby przerwać niezręczną ciszę.
-Na górze.Śpi.Kazałam mu wziąć sobie dzień wolnego-wytłumaczyła.
-Mamo-zaczęłam ponownie,tak spokojnie jak tylko byłam w stanie-wiem,że się martwisz o mnie i o tatę,ale pomyśl czy warto robić z tego aż taką ogromną sprawę? Może to było jednorazowe,a tego chłopaka już dawno tutaj nie ma-zaproponowałam z nadzieją.
-Wiesz Kelsey,to brzmi zupełnie tak jakbyś go broniła,jakby to,że pobił twojego ojca było dla ciebie niczym,jakbyś uważała,że postąpił dobrze.
-To nie tak mamo...
-Powinnaś już iść do swojego pokoju-powiedziała ostro,mijając mnie.
Trafiłam w jej słaby punkt.Ojciec jest jej słabym punktem.Spojrzałam na zegarek.Za dziesięć dziesiąta.
-Tylko twierdzę,że mogłabyś zostawić to w spokoju i zająć się ważniejszymi sprawami!-krzyknęłam,na co się zatrzymała.
-Najważniejszą dla mnie sprawą jest moja rodzina Kelsey!
-Och proszę cie-przewróciłam oczami-mówisz,że mnie nie wypuścisz z domu bo się o mnie martwisz.Zauważ komizm tej sytuacji.Ciągle cie nie ma w domu,takie coś mogło się wydarzyć każdego innego dnia i nawet byś nie wiedziała!Tak ty się martwisz ! Gdy cie nie ma nawet nie raczysz zadzwonić!
-Nie krzycz po mnie,jestem twoją matką!
-Matką dwa razy w miesiącu!-krzyknęłam jeszcze głośniej,patrząc jej prosto w oczy i obserwując jak z każdą sekundą denerwuje się coraz bardziej.
-Myślisz,że mi to odpowiada? Że nie chciałabym widywać was na co dzień ?!-spytała retorycznie.
-Nie możesz mnie zmusić,abym została w domu-stwierdziłam już o wiele spokojniej.
-Puki nie skończysz osiemnastki będziesz robić to co ja ci mówię-syknęła,jednak widziałam,że bardziej niż zła była smutna.Oj tak mamo słowa też ranią i to czasem bardziej niż czyny.
-Wychodzę-uświadomiłam ją,poprawiając sukienkę.Nie patrząc na nią,udałam się w stronę drzwi.
-Jesteś uziemiona Klesey!-krzyknęła,a ja spojrzałam na nią z politowaniem.
-Czyżby?To patrz-naprawdę nie wiem kiedy stałam się taka pyskata,ale nie mogłam dzisiaj zostać w domu.Gdy ją mijałam,złapała mnie za ramie i odwróciła w swoją stronę.
-Zostajesz w domu Kelsey-powiedziała cicho,kładąc nacisk na  każde słowo.
-To ważne dla Luka mamo-jęknęłam błagalnie,ale pozostała nieugięta.
-Idź do siebie,później o tym jeszcze porozmawiamy.Muszę zadzwonić-dodała,wskazując na komórkę.
-Jesteś ślepa jeśli myślisz,że pobicie ojca jest najgorszym co się ostatnio stało-powiedziałam,patrząc na nią z niedowierzaniem,po czym wyrwałam rękę z jej uścisku.
-W takim razie oświeć mnie Kelsey!Powiedz mi co jest tak cholernie ważne,że powinnam odłożyć sprawę tego gnoja na bok!-krzyczała tak głośno,że pewnie ojciec już dawno się obudził.-Śmiało oświeć mnie bo nie wiem,nie wiem co jest gorsze od tego i ...
-Mam bulimię!-przerwałam jej,w tym samym momencie,gdy rozległ się dźwięk klaksonu.
Przestała krzyczeć.Odsunęła się o krok,patrząc na mnie z niedowierzaniem i czymś jeszcze,ale nie wiem czym.Szumiało mi w uszach,czułam jakby świat na moment się zatrzymał.Nie mogłam uwierzyć,że jej to powiedziałam.Szybko jednak oprzytomniałam i podeszłam do drzwi.
-Kelsey nie wychodź z domu!Zaczekaj!-zawołała,gdy pociągnęłam za klamkę i wyszłam na zewnątrz.
W tym samym momencie Luke wyszedł z samochodu.
-Wchodź do środka!-powiedziałam,gdy mama wyszła za mną.
Blondyn chyba nie do końca wiedział o co chodzi,ale posłusznie wrócił na miejsce kierowcy.Podbiegłam do samochodu,otworzyłam drzwi i wsiadłam do środka.
-Jedź-poprosiłam,zapinając pas.
Przekręcił kluczyk w stacyjce i wyjechał z podjazdu.Odwróciłam się za siebie i poczułam ucisk w żołądku na widok mamy,stojącej na ganku,patrzącej na nas jednocześnie z wyrzutem i smutkiem.
-Kelsey?-opanowany głos Hemmingsa sprowadził mnie na ziemię.
-Tak?
-Pytałem czy wszystko w porządku-powtórzył,spoglądając na mnie w lusterku.
-Tak-uśmiechnęłam się lekko.Wiedział,że kłamię,ale nawet nie próbował drążyć tematu,za co byłam mu ogromnie wdzięczna.
Jechaliśmy w kompletnej ciszy.Nawet nie włączył radia.Był skupiony na drodze i swoich myślach.Wyglądał na zmęczonego.
-A ty?-spytałam cicho.
-Co ja?
-Jak się czujesz?
Zastanawiał się chwilę.
-Wyobraź sobie,że ktoś postanowił zapewnić ci śmierć tak wolną i bolesną jaka tylko może być.Że pozbawia cie jedzenia i wody,że czasem odłącza dociek tlenu,a gdy już nie jesteś w stanie oddychać,znów go włącza.Bije cie,każdego dnia zostawia nową ranę na twoim ciele,wykorzystuje na każdy możliwy sposób,a na sam koniec zabija-spojrzał na mnie poważnie.-Czuję się jeszcze gorzej.
Później nie spojrzał na mnie już ani razu do końca drogi.Było mi tak cholernie przykro,nie byłam w stanie patrzeć na to jak cierpi.Chciałam coś powiedzieć,cokolwiek,aby poczuł się lepiej,ale nie miałam pojęcia co.Jedyne co przychodziło mi do głowy to oklepane "przykro mi" co pewnie jedynie pogorszyłoby sytuację.
-Jak tam twoja mowa?-spytałam,chcąc przerwać tą nieznośną ciszę.
-Nie potrafię pisać takich rzeczy,więc napisałem to co myślałem,potem usunąłem wszystkie przekleństwa i wydrukowałem.Trzeba było uważać na angielskim.
-Nie warto,tam nie uczą takich rzeczy-powiedziałam licząc na chociażby cień uśmiechu,ale przeliczyłam się.
Miał napięte mięśnie,podkrążone oczy i pobielałe palce z tego mocnego ściskania kierownicy.Zaciskał mocno szczękę co jakiś czas przygryzając nerwowo wargę.Gdy tak na niego patrzałam,doszło do mnie,że gdybym go nie znała,przestraszyłabym się.Wyglądał jakby miał wyjść z samochodu i kogoś pobić.
Co właściwie zrobił wczoraj.
Zatrzymał się trochę dalej niż reszta samochodów.Wyłączył silnik i oparł głowę o kierownicę.Siedziałam bez słowa,czekając aż będzie w stanie wyjść.Czułam się tak cholernie bezużyteczna i było to zdecydowanie najgorsze uczucie na świecie.W końcu wyszedł z auta,trzaskając drzwiami.Odpięłam pas i wyszłam za nim.Chodził w kółko,mówiąc coś pod nosem.Stałam z boku,nie chcąc zdenerwować go jeszcze bardziej.Nagle podszedł do drzewa i kopnął je kilka razy z całej siły.Zamknęłam oczy,gdy złapał się za bolącą nogę,krzycząc "kurwa".Ciepły wiaterek muskał moją twarz i szyję.
-Chyba zaraz się porzygam-jęknął.
Siedział na trawie,patrząc w jakiś punkt przed sobą.Powoli do niego podeszłam,kucając obok.
-Okay.Może wtedy poczujesz się lepiej.To czasem uspokaja-powiedziałam,starając się jakoś podnieść go na duchu.
Gdy spojrzał na mnie,wzrok miał lodowaty,mimo to skóra paliła mnie pod wpływem tego intensywnego błękitu.Wtedy zaczął się drwiąco śmiać.
-Rada kurwa roku.Czemu w ogóle mówię takie coś bulimiczce?Komuś kto ma nie po kolei w głowie?Żałosne Kels-powiedział,dalej się śmiejąc.
Tłumaczyłam to sobie tym,że jest po prostu zraniony,a każdy okazuje smutek w inny sposób.On na przykład jest wredny i stara się mnie do siebie nie dopuścić.Mimo to zrobiło mi się przykro. Wstałam,idąc w stronę samochodu.
-Ej posłuchaj tego!-zawołał za mną,więc się zatrzymałam.-Opowiem ci żart o anorektyczkach.Przychodzi anorektyczka do anorektyczki.Jedna pyta:chcesz wody? Na co druga odpowiada:nie dzięki,już jadłam.
-To nie było śmieszne Luke-powiedziałam,cały czas przypominając sobie,że mówi to tylko dlatego,że jest mu przykro z powodu babci.
-Taki tam czarny humor-wzruszył obojętnie ramionami.-Oj przestań Kelsey, sam to wymyśliłem-wyszczerzył się.
Dlatego takie głupie.Ugryzłam się w język,aby nie powiedzieć tego na głos.Tymczasem Blondyn wygrzebał z kieszeni paczkę fajek i zapalił jedną.Porządnie się zaciągnął,rozkoszując się duszącym dymem.Ulga i spokój malowały się na jego twarzy,gdy wypuścił z ust kłęby gęstego dymu.
-Chcesz?-spytał,wyciągając fajkę w moją stronę,na co tylko pokiwałam przecząco głową.-Oj racja zapomniałem.Jesteś idealną,grzeczną,dobrze uczącą się córeczką.
-Chodźmy już bo się spóźnimy-powiedziałam i nie czekając na niego,poszłam w stronę kościoła.
Nie minęło dużo,a znów szedł obok mnie,w dalszym ciągu ignorując moją obecność.
Cały czas udawał twardego,udawał,że nic go nie obchodzi.Z nikim nie rozmawiał,na nikogo nie patrzał.Stał obok swojej mamy niewzruszony.Później straciłam go z oczu na długo.Ponownie zobaczyłam go dopiero,gdy trumna leżała już w ziemi,a on sam stanął na środku,aby przeczytać te kilka pożegnalnych zdań.I wtedy już nie wyglądał tak dobrze i pewnie siebie.
-Hej-zaczął,spoglądając na swoją mamę i szybko się poprawił-Dzień dobry-odchrząknął i wyciągnął z kieszeni pogniecioną,białą kartkę.Wyprostował ją i szybko przeleciał wzrokiem po treści.-Cieszę się,że mogę przywitać was wszystkich zebranych tutaj.Jestem Luke.Miło widzieć rodzinę i przyjaciół wszystkich w jednym miejscu,jest to zdecydowanie widok rzadki-powiedział jakby z wyrzutem do swoich bliskich.-Wszyscy wiemy dlaczego się tutaj znaleźliśmy w tak piękny,słoneczny dzień na tak okropnym miejscu,z którego mimo pięknej pogody wieje chłodem.Przyszliśmy pożegnać babcię Rose-powiedział,patrząc na leżącą już w ziemi trumnę,a mi zrobiło się słabo,widząc ten ból na jego twarzy.Nie mógł już dłużej udawać,że wszystko jest w porządku.-Z niewiadomych powodów zostałem poproszony o napisanie jakieś krótkiej mowy.Jest to najgorszy pomysł na jaki moja mama wpadła od czasów przemeblowania całego mieszkania zgodnie z zasadami feng shui. Żaden ze mnie humanista,pisać nie potrafię,więc może trochę o babci Rose powiem-zaproponował,targając kartkę.Wziął głęboki wdech i kontynuował.-Znał babcię Rose każdy i każdy kto ją znał kochał ją.Tak po prostu.Nie dało się inaczej-uśmiechnął się smutno.-Babcia Rosie była dla mnie osobą niezmiernie ważną,prawie najważniejszą.Pomagała nam zawsze, już kiedy byłem małym,nic niewiedzącym o świecie dzieckiem.Coś o samej babci Rosie.Babcia była dziewczyną niesamowicie ładną,czego jestem świadom po obejrzeniu setki razy tych starych,czarno-białych zdjść w grubym,oprawionym w czerwoną okładkę albumie.Za mąż wyszła młodo, tak jak to się wtedy wychodziło.Świętej pamięci dziadka niestety nie miałem okazji poznać,zabrano go zbyt szybko.Lecz mimo,że została wdową w młodym wieku miała już córkę,równie ładną i niesamowitą jak ona.Tak mamo mówię o tobie-zaśmiał się,zwracając się do błękitnookiej,stojącej na przodzie kobiety.-Jakby nie patrzeć babcia Rose miała szczęście bo wnuk też jej się udał niczego sobie-dodał,tym razem patrząc w moją stronę.-Pamiętam jak uwielbiałem do niej chodzić w dzieciństwie.Siadaliśmy w kuchni i piekliśmy ciasteczka
czekoladowe,nasze ulubione,albo siadaliśmy w ogrodzie na mokrej od rosy trawie i rozmawialiśmy lub bawiliśmy się w wyścigi samochodzikami.Pamiętam jak bez słowa przygarnęła mnie,mamę i tatę,gdy straciliśmy dom.Nigdy nie narzekała,pomagała nam jak tylko mogła.Robiła wszystko, a nawet więcej.Taka właśnie była babcia Rose-pomocna.Pamiętam jak pukałem do drzwi jej pokoju i za każdym razem wchodziłem do niego jak do zaczarowanego królestwa.Wszystko miało swój klimat,stare zdjęcia w ramkach powieszone na ścianie,radio z którego wiecznie leciały taneczne piosenki,jej niesamowita kolekcja różańców,stara szkatułka  z biżuterią...dalej pamiętam perłowy naszyjnik, który przypadkiem przerwałem,ale nie była zła,a nawet jak była to nie okazywała tego.Pamiętam jej stroje, nieco staroświeckie,ale bardzo wyszukane.Kapelusze,długie spódnice...-zatrzymał się na chwilę,przygryzając mocno wargę.Nie płakał.-Taka właśnie była babcia Rose-elegancka.Siedzieliśmy na jej krześle,a ona z zafascynowaniem opowiadała jak to było kiedyś.Ogólnie uwielbiała mówić.taka właśnie była babcia Rose-gadatliwa i pełna życia.Dostawałem zawsze garść tych niedobrych,miętowych cukierków w zielonym papierku, gdy już zostawiałem ją wieczorem samą.Ale później babcia Rose stała się dla mnie jeszcze ważniejsza.Po trudnym okresie jaki miałem była jedyną osobą,której ufałem,która mnie rozumiała.Nie pytała,nie ciągnęła wiecznie tych głupich tematów w nieskończoność jak wszyscy.Traktowała mnie jak kogoś równego jej,rozmawiała poważnie lub o zwykłych bzdurach,śmiała się ze mną,pomagała mi,doradzała.Taka właśnie była babcia Rose-inna niż wszyscy otaczający mnie ludzie.Była wyjątkowa.Dorastałem wraz z jej starzeniem.Pamiętam zmęczone ręce robiące na drutach kolejny szalik,pamiętam smród papierosów,które obiecywała rzucić,pamiętam jej głośny śmiech,jej werandę na której herbata smakowała jakoś lepiej.Po stracie taty nauczyła mnie jak być mężczyzną,nauczyła szacunku do kobiet i tego jak należy je traktować,nauczyła mnie kilku niezbędnych prac domowych,abym mógł zawsze pomóc mamie.Ona sama pomocy nigdy nie chciała bo jak to sama mówiła,była kobietą silną i samodzielną.Zupełnie jakby ona sama zapomniała,że z każdym rokiem,cyfra określająca jej lata życia wzrasta.Jak to powiedział kiedyś pewien poeta,który wydaje mi się był również księdzem "spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą".Lubię ten cytat.jednak babcia Rose nie odeszła nagle i niespodziewanie.Niektórzy z was wiedzą jak było,pozostali nie do końca.Cóż,babcię Rose śmierć powoli zabierała każdego dnia od prawie dwóch lat.Ja wiem jak to wyglądało bo dalej chodziłem do niej z ogromną przyjemnością.Wie też moja mama,gdy jeździła pomóc jej.Babcia się nie przyznawała,ale jej stan było widać gołym okiem.Pogarszał się.Długo myślałem i doszedłem do wniosku,że stało się dobrze,dobrze bo już nie musi cierpieć.A cierpiała.Traciła kolejno słuch,wzrok.Aparaty słuchowe i okulary już nie dawały efektów.Chodziła coraz wolniej,z czasem ledwo przemieszczała się z pokoju do łazienki i to jeszcze trzymając się laski.Nikomu nie mówiła,ale zwyczajna czynność jak zaparzenie wody na herbatę stawała się dla niej prawie niemożliwa.W końcu przeniosła się do salonu na dole bo schody były nie do pokonania.Mama robiła zakupy,załatwiała leki,gotowała,sprzątała,zajmowała się wszystkim, a ja pomagałem jak tylko mogłem.Byłem jej to winien.Zasiedziała się w fotelu i z każdym dniem coraz bardziej nie przypominała siebie.Policzki jej się zapadły,włosów już prawie nie miała,strasznie schudła i w końcu zostawała w swoim fotelu na całe dnie.Myślę,że sam przed sobą nie chciałem się przyznać,że wiem co się szykuje.Nie dopuszczałem do siebie tej wiadomości i ignorowałem widoczne zmiany.Udawałem,że wszystko jest w porządku,ale nie było.I gdy kości bolały ją już do tego stopnia,że często słyszałem jak cicho szlocha w swoim fotelu,wiem że cierpiała.Cierpiała każdego dnia bo ból stawał się nie do zniesienia.I myślę,że sama kochana babcia Rose czekała już na śmierć.Była na nią w zupełności gotowa bo chyba wiedziała,że w końcu poczuje ulgę.Gotowy na to nie byłem ja-zaśmiał się cierpko,nie powstrzymując już dłużej łez..-Najwyraźniej tak musiało się stać,musiała odejść.Wrócić do aniołów,gdzie jej miejsce.Byłem samolubny,dalej jestem winiąc ją za odejście.Muszę w końcu pomyśleć o niej i o tym co było dla niej dobre.Płakałem jak noworodek gdy ją zabierali,płakałem przez całą noc i każdego następnego dnia.płakałem pisząc tą mowę i jak widać płaczę teraz.Zauważyłem jedną rzecz.To nie ten kto umiera cierpi,a ci których zostawia na ziemi.Ja dalej nie wyobrażam sobie,że mam do niej zadzwonić,a nikt nie odbierze,że zapukam do drzwi a nikt nie otworzy.Teraz babcia Rose leży tutaj i pewnie patrząc z góry powoli pali papierosa i myśli "oni nie mają być smutni tylko dlatego,że ich zostawiłam".Wiecie jaka była babcia Rose i jestem pewien,że nie chce żebyśmy dzisiaj płakali.Przeciwnie,chciałaby aby uśmiechy gościły na naszych twarzach,podczas wspominania jej cudownej osoby.A niezaprzeczalnie cudowna była.Dożyła swojego wieku,cyfra całkiem spora,żyła długo i wydaje mi się,że szczęśliwie.Jej przepracowane ręce dalej gotowały najsmaczniejsze obiady na świecie,uśmiech zawsze gościł na jej twarzy,do herbaty wlewała zawsze trochę rumu,a w mieszkaniu zawsze panował porządek-wziął głęboki wdech,ocierając mokrą twarz i spojrzał w niebo.-Trochę mi jeszcze zajmie zanim pogodzę się z twoim odejściem babciu.Boli mnie tylko jedna rzecz.Czemu się ze mną nie pożegnałaś?-zadając to pytanie,głos mu się załamał.-Nawet nie wiesz ile bym dał za chociaż tydzień więcej twojego życia.Za ostatnie przytulenie cie i podziękowanie za wszystko-znów przerwał na moment.-Ale wiem,że po tym tygodniu rozstanie się z tobą zniszczyłoby mnie kompletnie,bo nie dałbym rady stracić cie po raz drugi.Babciu chcę tylko żebyś wiedziała,że bardzo cie kochałem.Prawdziwie i bezgranicznie,byłaś dla mnie jak mama,najlepsza przyjaciółka.I chcę ci też podziękować za wszystko co dla mnie zrobiłaś, a zrobiłaś naprawdę wiele.Kocham cie, okay?Tak bardzo mocno.Nigdy cie nie zapomnę,nigdy-zamilkł,pozwalając sobie na płacz,jednak gdy jego mama już miała do niego podejść,kontynuował.-A więc drodzy zebrani "spieszmy się kochać ludzi" bo nigdy nie wiadomo kiedy widzimy ich po raz ostatni.Nigdy.I pomyślmy o babci Rose,o tym jakim wspaniałym i dobrym człowiekiem była,jak wielką sympatię wzbudzała w każdym.Pamiętajmy,że ona dalej tutaj z nami jest,a jako że bywała upierdliwa,jestem pewien że spokoju nam nie da.Myślmy o niej pijąc herbatę na werandzie lub przeglądając stare albumy.Myślmy o niej tak często jak tylko możemy lub spójrzmy w niebo.Wieczorem, gdy całe lśnić będzie od gwiazd i szukajmy jej wśród nich.Słyszałem kiedyś,że gdy ktoś umiera na niebie pojawia się kolejna gwiazda.I w ten smutny dzień,gdy tak patrzałem w niebo,jedna błyszczała jakby jaśniej niż pozostałe.I wiedziałem,że ona tam jest.Mam nadzieję,że kiedyś moja gwiazda rozbłyśnie niemal tak jasno jak od niej i,że znów ją zobaczę: uśmiechniętą,czekającą na mnie z blachą ciastek i kubkiem herbaty-uśmiechnął się sam do siebie,ale w tym uśmiechu było więcej bólu niżby się wydawało.-No to ten...dziękuję za uwagę-dokończył i zniknął w tłumie.
Czułam się trochę nie na miejscu,gdyż właściwie nie znałam babci Rose ani nikogo z rodziny Luka poza nim samym,więc do końca trzymałam się z boku.Zauważyłam Ashton'a,ale jak szybko się pojawił,tak zniknął.Będąc pewna,że Luke zostanie trochę dłużej ze swoją mamą,aby nie przeszkadzać,udałam się w stronę jego samochodu.Ledwo doszłam w miejsce,gdzie zaparkował i usiadłam na trawie,zauważyłam,że szybkim krokiem idzie w moim kierunku.Znów wyglądał tak samo,jak gdy rozmawialiśmy,co momentalnie sprawiło,że żołądek mi się skurczył.Podniosłam się na nogi,gdy otworzył drzwi.Minął mnie bez słowa i usiadł za kierownicą.Szybko weszłam do środka,bojąc się,że odjedzie beze mnie.Spojrzał na mnie kątem oka,gdy zapinałam pasy.
-Nie jadę do domu Kelsey-powiedział bez emocji.
-Okay.
Nie miałam pojęcia gdzie chce jechać,ani co zrobić.Wiedziałam tylko,że nie mogę go zostawić samego w takim stanie,nieważne jak chamski dzisiaj jest.Kto tam wie jaki głupi pomysł przyszedłby mu do głowy?
Ponownie w samochodzie panowała cisza,ale nie taka swobodna tylko krępująca.Gdy oddaliliśmy się już od cmentarza,przyspieszył.W pewnym momencie skręcił,w nieznaną mi ulicę.Pustą.Żadnych innych samochodów,żadnych ludzi,budynków,nic.Z obydwu stron tylko jakaś polana,co jakiś czas trafiały się pojedyncze drzewa.Jechał z każdą minutą coraz szybciej.Byłam dosłownie wbita w fotel.
-Spieszy ci się gdzieś Luke?-spytałam sarkastycznie,nie czując się komfortowo.
-Nie musiałaś ze mną jechać-rzucił obojętnie,dodając-na jaką cholerę wlazłaś do tego auta?
-Wiem,że jest ci ciężko,ale nie musisz się na mnie wyżywać-powiedziałam w końcu,starając się naśladować jego ton,co chyba niezbyt skutecznie mi wyszło.Prychnął tylko pod nosem.
-Świat nie kręci się wokół ciebie Kelsey.
-Niespodzianka:wokół ciebie też nie-odgryzłam się,na co mocniej wcisnął pedał gazu.
Nic już więcej nie mówiłam.Musi się wyżyć? Proszę bardzo,nie będę się wtrącać.
-A jakby tak zrobić to teraz? Co Kelsey?-spytał,uśmiechając się złośliwie.
-Co zrobić?
-Zabić się.Jedziemy tak szybko,możemy wjechać w drzewo na przykład.Chyba,że magicznie odechciało ci się umierać,co księżniczko?
-Jeśli chodzi o mnie to śmiało-powiedziałam bez wahania,bo naprawdę wolałabym umrzeć w tamtym momencie niż dalej słuchać jego docinek.
Przyspieszył.Widoki zza szyby były rozmazane.Gdyby ktoś stał na drodze,nie dalibyśmy rady wyhamować na czas.Droga była nierówna,pełna dziur.Westchnęłam zrezygnowana i odpięłam pas.Spojrzał na mnie od razu,ale tylko na moment.
-Co robisz?-spytał,mocniej ściskając kierownicę.
-Nie widzisz?Odpinam pas idioto,aby mieć pewność,że jak już uderzysz w to drzewo na pewno umrę i już nie będę musiała cie słuchać ani na ciebie patrzeć-warknęłam,odwracając się w drugą stronę.Przez chwilę siedział cicho.
-Zapnij pas Kelsey-odezwał się w końcu.
-Po co?
-Zapnij go kurwa.
Udałam,że nie słyszę.Zamknęłam oczy,czekając na to co zrobi.W tej chwili wszystko było mi obojętne,jednak cokolwiek postanowił nie chciałam tego widzieć.
Zaczął zwalniać.
Jechaliśmy coraz wolniej,aż w końcu zatrzymał się.Gdy odwróciłam się w jego stronę,siedział zrezygnowany,z dłońmi na kolanach.Patrzał przed siebie,oddychając ciężko.Chciałam się zapytać czemu stoimy najwredniejszym tonem na jaki tylko mnie stać,ale nie mogłam,nie kiedy gryzł się w policzki,aby nie zacząć płakać.
-Muszę wyjść,brakuje mi powietrza-powiedział i niemal wybiegł z auta.
Czekałam w środku,patrząc przez szybę.Oparł się o duże drzewo i stał tak jakiś czas.Przez moment myślałam,że naprawdę zwymiotuje,czego ostatecznie nie zrobił.Uderzył kilka razy głową o pień,po czym stanął i krzyknął najgłośniej jak tylko umiał.Mimowolnie zamknęłam oczy.Krzyk rozniósł się po pustym polu i było coś pięknego w tym,że nikogo tutaj nie było.Kompletne pustkowie,jakby nikt tędy nie jeździł.Gdy otworzyłam oczy,siedział na trawie z podkulonymi nogami.Wyszłam z samochodu,zbierając się w sobie,aby jakoś przetrwać kolejne niemiłe rzeczy jakie miał mi do powiedzenia.Usiadłam bez słowa obok niego.
-Idź sobie Kelsey-szepnął,ale nie ruszyłam się nawet o milimetr.-Ogłuchłaś?!-krzyknął,a ja zacisnęłam ręce w pięści,cały czas powtarzając sobie w duchu,że po prostu jest skrzywdzony.-Wynoś się stąd!Nie chce cie tutaj,słyszysz?!Chcę zostać kurwa sam czy to tak wiele?!Co się mnie tak uczepiłaś?!Przestań za mną łazić!
-Nie płacz Luke-powiedziałam spokojnie,patrząc na jego mokrą twarz.Zaśmiał się cierpko.
-Odpieprz się Kelsey-warknął.
-Wcale tak nie myślisz-uśmiechnęłam się lekko.
-Myślę.Nie mogę na ciebie już patrzeć.Idź sobie.
-Cóż,przykro mi z tego powodu,ale zostaję.
Cicho płakał.Nie tak rozpaczliwie jak ja.Po cichutku.Po prostu siedział,patrzał gdzieś przed siebie i pozwalał sobie czuć cały ten ból.
Szkoda,że nie wie,że mnie również to boli,boli widzieć jak cierpi.
Wtedy zupełnie jakby czytał mi w myślach zaczął szlochać głośniej.Widziałam,że traci panowanie nad sobą i z trudem wciąga powietrze.
-Luke-szepnęłam,wyciągając do niego rękę,ale odtrącił ją,nim zdążyłam go dotknąć.
-Odejdź stąd błagam cie Kelsey!Nie chce żebyś teraz na mnie patrzała!Nie chcę żebyś mnie dotykała,żebyś tutaj siedziała,nie chcę twojego współczucia,ani żalu.Nie chcę ciebie-mówił,ale ton zupełnie mu się zmienił.Dalej chciał być wredny,ale nie był już w stanie.Dławił się powietrzem i łzami.
-Luke-szepnęłam błagalnie.Sama nie do końca wiem czego od niego oczekiwałam.Przynajmniej tego,aby mnie w końcu do siebie dopuścił,tak jak ja dopuściłam jego.
-Czemu?-jęknął zrezygnowany,wycierając wierzchem dłoni twarz.
-Co czemu?-spytałam, nie rozumiejąc.
-Czemu pojechałaś tutaj ze mną?
Poczułam coś w rodzaju ulgi i ogarniającego mnie wewnątrz spokoju.Złamał się.
-Nie mogłam cie zostawić,tak jak ty nie zostawiłeś mnie-wyjaśniłam.Zakręciło mi się w głowie,gdy tylko na mnie spojrzał,przez co od razu spuściłam wzrok.-No i jeszcze nie wiedziałam jak trafić sama do domu-dodałam,na co się zaśmiał.W końcu się zaśmiał,a mnie ogarnęła fala radości i czegoś jeszcze,ale nie wiem do końca czego.
-Przepraszam-powiedział w końcu,kompletnie się poddając.
-Nie masz za co.
-Przestań Kelsey.Cały czas cie obrażam dzisiaj.Jestem kutasem.
-To prawda-potwierdziłam.-Ale nie szkodzi.
-Miałem nadzieję,że sobie pójdziesz bo nie chciałem,żebyś mnie widziała w tym stanie.Żebyś mnie widziała słabego-wytłumaczył.
-Jestem uparta-wzruszyłam ramionami.-Nie jesteś słaby Luke-dodałam po chwili,znów wyciągając do niego rękę.
Chciałam spleść nasze dłonie tak jak on to zawsze robił,ale zamiast tego schował moją dłoń w własnej i przyłożył ją do swojego policzka.Przytrzymywał ją,abym jej nie odsunęła co było niepotrzebne bo nie zrobiłabym tego.Zamknął oczy,przyciskając do niej twarz.Wyglądał jakby napawał się tym dotykiem,jakby chciał abym zabrała cały ten ból i żal,a ja pragnęłam tego równie mocno co on.Momentalnie moja dłoń była mokra.Poczułam ulgę,widząc jak na jego twarzy maluje się spokój.Powoli przesunął ją do ust i lekko pocałował wewnętrzną stronę.Było to tak delikatne,a jednocześnie intensywne.Dostałam gęsiej skórki i to nie za sprawą chłodnego wiatru.W końcu otworzył oczy,splatając nasze ręce razem.
-Bogu dzięki,że jesteś uparta Kelsey-powiedział w końcu.Oddychał miarowo,ale cały czas się trząsł.-Chodź tutaj-dodał i nie czekając na jakąkolwiek moją reakcję,chwycił mnie za nogi i posadził na sobie okrakiem.Trochę dziwnie się czułam,będąc w sukience.Chwycił za gumkę i jednym ruchem palców pozbył się jej.-Mówiłem ci kiedyś,że wolę jak są rozpuszczone-szepnął,uśmiechając się niepewnie.Kiwnęłam twierdząco głową.
Oparł głowę między moją szyją,a ramieniem i przytulił mnie,przysuwając jeszcze bliżej siebie,tak że nasze klatki piersiowe stykały się ze sobą.Trzymał mnie mocno,tak jakby bał się,że jak puści to odejdę.Czułam jego serce,walące jak oszalałe.Odwzajemniłam uścisk,oplatając ręce wokół jego szyi.Mimowolnie zaciągnęłam się jego zapachem.Połączenie jakiś perfum,papierosów,gumy miętowej i czegoś jeszcze,co dla mnie jest po prostu Luke'm.Zauważyłam,że przytulam go jeszcze mocniej niż chwilę temu,chcąc aby był tak blisko mnie jak tylko może.Czułam jego ciepły oddech na mojej szyi,łaskotanie długich rzęs,gdy mrugał i zimny kolczyk,gdy przywierał ustami do mojej ciepłej skóry.Początkowo nic nie robił,nawet się nie ruszał.Po całym moim ciele przeszedł dreszcz,gdy poczułam jego język i ten delikatny pocałunek.Wstrzymałam na moment oddech.
A może tylko to sobie ubzdurałam?
Ale przecież nie mogłam sobie wyobrazić tego cudownego,ogarniającego mnie uczucia.
To nic takiego.
Może tego potrzebował.
Albo gorzej-ja tego potrzebowałam.
Oparł brodę w tym samym miejscu,gdzie jeszcze chwilę temu były usta.
-Po prostu to trochę boli-szepnął,przerywając ciszę.
-Trochę?-spytałam.
-Kurewsko bardzo-poprawił się.
-Wiem.
-Nie wiem co ze sobą zrobić-mówił dalej.
-Wiem.
-Cieszę się,że jesteś-dodał jeszcze po chwili.
To też wiem,bo pamiętam jaką ulgę czułam,gdy to on był przy mnie,jak go potrzebowałam,mimo że starałam się okłamać samą siebie,że wcale tak nie jest.
Znów zaczął płakać,co doskonale czułam na swojej skórze.Przytuliłam go więc mocniej.
-Proszę Luke,nie płacz.
Odsunął się ode mnie na tyle,aby móc na mnie spojrzeć.Wykrzywił usta w dość marnym uśmiechu,ale łzy nie przestawały lecieć.Ścierałam je,jedna za drugą,a on tylko na mnie patrzał.
-Możemy tutaj zostać?-spytał z nadzieją.
-Też nie mam ochoty wracać do domu-uśmiechnęłam się lekko.
-Jestem zmęczony tym dniem-dodał.
Doskonale wiem o co mu chodzi.Mimo spokojnego tonu i miarowego oddechu,nie mógł przestać płakać.Nie wiem co mnie pokusiło,ale gdy kolejna samotna łza spływała powoli po jego policzku,musnęłam lekko to miejsce.Był co najmniej zaskoczony.Czułam słony smak w ustach.Jego skóra była tak delikatna,że nie chciałam się odsuwać,co niestety było nieuniknione.To tylko całus w policzek,a nawet nie,mimo to poczułam się strasznie głupio.Przyglądał mi się w ciszy,aż w końcu lekko się uśmiechnął.Odgarnął mi włosy za ucho,muskając delikatnie dłonią mój policzek,a następnie wargę.Przysunął się bliżej,na tyle,że stykał się swoim nosem o mój,a nasze wargi dzieliło tylko kilka milimetrów.Niemal czułam jak się stykają.Nasze oddechy-mój niespokojny i jego opanowany-mieszały się ze sobą.Czekałam.
Ale przecież to Luke.To tylko Luke.Jesteśmy przyjaciółmi, tak? Mimo to,wiedziałam że gdyby mnie pocałował,nie odepchnęłabym go.
-To co powiedziałeś na pogrzebie było bardzo ładne-powiedziałam,odsuwając się od niego.
-Całkiem znośne co nie?-zaśmiał się,starając ukryć to,że również czuje się dziwnie i niekomfortowo.-Pokłóciłaś się dzisiaj z mamą?-spytał,poważniejąc.Zeszłam z jego kolan,kiwając twierdząco głową.-O co?
-Nie chciała mnie wypuścić z domu.Ponoć jakiś wariat lata po okolicy i napada na niewinnych ludzi-przewróciłam oczami.
-Przykro mi.To moja wina.
-Niech ci nie ma przykro Luke,to w dalszym ciągu jedna z najlepszych rzeczy jakie zrobiłeś.Gdzie jedziemy?-spytałam szybko,chcąc zmienić temat.
-Gdziekolwiek-stwierdził,wstając.Zrobiłam to samo.
Tym razem nie jechaliśmy już tak szybko,trochę rozmawialiśmy,a z radia leciała muzyka.Przez około dwie godziny jeździliśmy bez celu,tak po prostu dla zbycia czasu.Później jednak z racji tego,że benzyna zaczęła się kończyć,pojechaliśmy nad to nieszczęsne jeziorko,gdzie kiedyś mnie zabrał i siedzieliśmy tam do ósmej.Później odwiózł mnie do domu.
-Już jestem mamo!-krzyknęłam,wchodząc do środka i zdejmując buty,jednak nikt nie odpowiedział.Oświeciłam światło w kuchni.Na blacie było małe pudełeczko i koperta.Otworzyłam ją,siadając na krześle.
"Bardzo mi przykro Kelsey,ale musiałam jechać już dzisiaj,jutro z samego rana mam ważną rozprawę.Proszę kochanie,nie gniewaj się na mnie.Niedługo wracam to porozmawiamy na spokojnie.Dlatego chciałam abyś dzisiaj została-żebyśmy mogły spędzić razem trochę czasu.A co do pudełka,chciałam ci to dać przy kolacji,ale chyba nie dane nam dzisiaj zjeść razem. 
Kocham cie Kelsey."
W pudełeczku była cienka,srebrna bransoletka z czterolistną koniczynką.I znów poczułam się tak okropnie.
Wzięłam prysznic i położyłam się do łóżka,jednak nie mogłam zasnąć.Przed północą poddałam się i zadzwoniłam do Luka.
-Obudziłam cie?-spytałam.
-Nie.Coś się stało?
-Właśnie rozmawiasz z najgorszą córką roku!Gratuluję!
-Kelsey...
-Zaplanowała kolację,kupiła mi bransoletkę,chciała spędzić tylko ze mną trochę czasu,przed wyjazdem do pracy,a ja?Byłam dla niej okropna Luke.Tylko na nią nawrzeszczałam.
-Nie przejmuj się Kels.Skąd mogłaś wiedzieć? Jak tylko wróci porozmawiacie i znowu będzie dobrze,obiecuję.
-A jak tam u ciebie?
-Okazało się,że mama rozpaczliwie potrzebowała męskiego ramienia aby móc się wypłakać,a owym ramieniem byłem ja.Znów między nami jest w porządku,w końcu porozmawialiśmy.Czuję ulgę.
Uśmiechnęłam się lekko.
-To dobrze.To był długi dzień.
-Za długi-potwierdził.-Nie możesz spać?-spytał od razu.
-Na to wygląda-ziewnęłam,na co się zaśmiał.
-Okay.Zamknij oczy i spróbuj zasnąć."Trzeba być bardzo dzielnym,by stawić czoło wrogom,ale tyle samo męstwa wymaga wierność przyjaciołom".
-Co robisz?-przerwałam mu.
-Czytam ci.Jesteś zdana na Harr'ego Potter'a.Nic innego nie mam.
-Czytasz mi książkę do snu?-spytałam,uśmiechając się lekko,czego i tak nie mógł zobaczyć.
-Na to wygląda-zaśmiał się.-A teraz się zamknij i słuchaj.
Tak też zrobiłam.I znów było lepiej.




_______________________________________________________________________
Heeej aniołki! Co tam u was słychać? ♥
Przepraszam,że znowu musiałyście tyle czekać,ale robię wszystko,żeby dodawać jak najczęściej :)
Pokłony należą się Adzie,że cierpliwie znosiła mojego marudzenia na ten beznadziejny rozdział*kłania się* . Przepraszam,ale ostatnio nie stać mnie na nic lepszego :c Ocenę jednak pozostawiam wam,więc piszcie czy się w miarę podobało czy było całkowicie do dupy w komentarzach :*
Trochę Lesley,trochę załamanego Luka-jakbym lepiej to napisała to ogół nie byłby taki zły.
Chyba coś robię źle bo z 21 komentarzy spadło na 7 :o (nie marudzę ani nic,bardzo się cieszę,że ktokolwiek w ogóle ze mną został ♥) Wiem,że tak jak ja macie mało czasu,jednak bardzo proszę słoneczka-jeśli przeczytałyście rozdział zostawcie po sobie jakiś ślad,wystarczy jedno słowo,albo chociaż kropka :) Po prostu chcę wiedzieć ile was tu jeszcze ze mną jest ♥
Postaram się wrócić do dodawania raz w tygodniu - w niedziele,ale nic nie obiecuję bo zostały mi jeszcze 3 przedmioty do zaliczenia.

Jeśli są tutaj jakieś aniołki,które własnie piszą maturę to życzę powodzenia ♥ Będę trzymać za was kciuki :D 

Rozdział z dedykacją dla mojej kochanej Agnieszki,która jest głupia bo myśli,że źle jej pójdzie.Agnes aniołku wierzę w ciebie i jestem pewna,że bardzo dobrze wszystko napiszesz ♥

I ostatnio prośba do was - jakbyście mogły to zagłosujcie TUTAJ na Sinister'a . Ten blog jest cudowny i zasługuje,aby wygrać.Dla was to tylko chwila,a na pewno sprawicie ogromną radość autorce :)

I na dzisiaj to tyle.
Bardzo wam za wszystko dziękuję ♥ Za komentarze i tyle wyświetleń.Jesteście cudowne :*



@oh_woow_lovely

21 komentarzy:

  1. Szczerze? Popłakałam się gdy Luke mówił o swojej babci na pogrzebie :( I niestety bardzo dobrze go rozumiem... Też przez to przechodzę.... To fajnie, że Kels przy nim była. To ważne by w takich momentach mieć przy sobie kogoś kto nie odejdzie i mimo wszystko pomoże nawet gdy nie będziemy chcieć. Szkoda tylko, że Tate nie powiedziała mamie o ojcu :( Mam nadzieję, że niedługo i ta tajemnica ujrzy światło dzienne...
    Do następnego Skarbie <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Wciąż płacze!
    Rozdział cudny (jak zwykle zresztą)

    Kocham Cię i do następnego.
    Powodzenia w szkole.

    OdpowiedzUsuń
  3. OMFG
    JESS
    KOCHAM CIĘ

    Nie mam zielonego pojęcia, co według Ciebie jest nie tak z tym rozdziałem :/ Według mnie jest WSPANIAŁY CUDOWNY NIEZIEMSKI FANTASTYCZNY PIĘKNY WZRUSZAJĄCY I BÓG WIE CO JESZCZE (skończyły mi się odpowiednie epitety)

    Mmmm ostatnio brak mi weny na komentarze, więc musisz się zadowolić tym :( No, i oprócz tego, wywołałaś uśmiech na mojej twarzy, który zniknął jakiś tydzień temu i w ogóle nie chciał się z powrotem pojawić :/ ALE DZIĘKI TOBIE JEST Z POWROTEM ♥

    Juliet

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy mnie oczy nie mylą? Czy to naprawdę możliwe? Czy to się dzieje?
    tak
    Tak
    TAK!

    Wyobrażasz sobie, że jutro miną dokładnie dwa miesiące od mojej ostatniej wizyty w tym oknie? Wiem, to STRASZNE *O*
    Nie żebym nie czytała, nie wytrzymałabym dwóch miesięcy bez moich kochanych przyszłych samobójców. I doskonale powinnaś to wiedzieć, szczególnie po wczorajszym xd
    No i niby starałam się za każdym razem nadrobić nieobecność tutaj w naszej jakże zawiłej i interesującej konwersacji (nie, ja się wcale nie nabzdryngoliłam xd) – i tutaj z miejsca współczuję rozdziału z relacją na żywo, to musiało być straszne...
    ALE
    Przecież liczą się liczby. Liczy się statystyka! A tej dopomagałam tylko jeżeli chodzi o wejścia, do liczby komentarzy się nie dokładając. Zdecydowanie za bardzo wykorzystałam to, że mam te znajomości i urok osobisty *skromność in the air*. Bo co z tego, że na luzie wyraziłam swoją opinię na temat każdego (mam nadzieję) z nich, bez ceregieli, bez oprawiania tego w coś nadającego się do publikacji, językiem, którym lepiej się nie chwalić. Komentarz zawsze pozostanie komentarzem, tak więc oto powracam jako ten syn marnotrawny, który sobie troszeczkę za bardzo pofolgował, i zostawiam po sobie tą jedną kropeczkę, o którą tak bardzo prosiłaś :D
    Soł tak, tyle tego napisałam, a w sumie jeszcze nic konkretnego i idk, ten komentarz zaraz się zrobi dłuższy niż moje rozdziały, a to by była totalna porażka, więc do rzeczy.
    *Herbata*
    Wiesz jak to jest zaczynać rozdział od momentu, w którym pojawia się słowo, dla którego było się inspiracją? To było jak - i tu powinna się zacząć cała litania nieogarniętych literek, które zdają się mieć ADHD i autyzm w jednym, bo żyją w swoim wewnętrznym świecie i zachowują się jak opętane. No chyba, że to jakieś czary som, skoro Luke czytał jej na dobranoc Harry'ego Potter'a. HARRY'EGO POTTER'A! Czy Ty zdajesz sobie sprawę co tu się działo?
    „Jesteś zdana na Harry'ego Potter'a. Nic innego nie mam.” Rozumiesz? Nie ma nic poza tym. Poczuj ten zaszczyt, kiedy pustki na półce Hemmingsa przerywa akurat ta książka, którą uwielbiasz. To jeden wielki life goal ok. Jestem szczęśliwa :')
    Wracając do herbaty (która swoją drogą zaczęła się od kawy), tak jak to napisałaś, zawiera ona rum. A ten zaś jak powszechnie wiadomo, to ulubiony napój Jack'a Sparrow'a. Powód skojarzenia? Mój ostatni komentarz zawierał pewne uwagi dotyczące Orlando Bloom'a, który grał jego filmowego kompana, a w tamtym komentarzu posądzony został przeze mnie o bycie X w DL.
    Widzisz to? Wszystko układa się w jedną całość!
    Kawa → Herbata:
    → Zaciesz → Litery → Magia → Harry Potter → Wybór Hemmingsa → Ogromna radość
    → Rum → Jack Sparrow → Orlando Bloom → X
    Przecież to wszystko ma sens. Znalazłam odpowiedzi na wszystkie swoje pytania <3

    OdpowiedzUsuń
  5. *Reszta rozdziału*
    Ok, postaram się wrócić do normalności xd
    Sytuacja z mamą Kels – byłam bardzo ciekawa co zrobisz, a w zasadzie co zrobiłaś. Nie powiedziałaś wszystkiego. To zrozumiałe, za szybko wszystko by się rozwiązało. Nie wchodziła opcja, że zostanie w domu, bo wczoraj jasno dałaś do zrozumienia, że skończyłaś pisać przemowę Luke'a, co prawie jednoznacznie wskazywało na to, że na tym pogrzebie będzie (chociaż po tym pomyśle z kawiarnią niczego nie mogę być pewna). Wybrałaś mieszankę bezczelności (a jak dobrze wiemy, dla bezczelności trzy razy tak) i ujawnienia jednego z problemów – bulimii.
    Wredny Luke – bezczelności nigdy za wiele, ale tylko wtedy, kiedy pozostaje ona w ryzach bezczelności. Na szczęście Luke jako wprawiony adwokat dobrze wiedział, jakie okoliczności łagodzące go kryją, więc nie mogę mu w takiej sytuacji nic zarzucić.
    Mowa pogrzebowa – okay, to ten moment, kiedy leżałam z tą zbolałą szyją, centralnie czytając jak zaczarowana. I dziwnym trafem płakać zaczęłam dokładnie chwilę przed tym, jak przeczytałam zdanie, w którym obwieściłaś, że on też zaczął płakać. To nie było słane. Absolutnie nie zgadzam się z tym, czego tak uparcie broniłaś wczoraj. Nikt nie napisałby tego lepiej. W tak smutnej przemowie zawarłaś wszystko to, co być tam powinno – jego wspomnienia, podziwianie, stonowana doza jego humoru, ale także wrażliwość i przywiązanie. Napisałaś to tak, jakby on to napisał sam. Wbiłaś się idealnie w ten zakres boleści przywiązanego, skrzywdzonego dziecka do swojej ostoi spokoju i miłości, którą właśnie żegna po raz ostatni.
    Sytuację po pogrzebie ujmę w jedno – pozwoliłaś mu się wyżyć, pozwoliłaś mu się złamać, pozwoliłaś mu się wyżalić, pozwoliłaś mu to po prostu przejść. Szybka jazda samochodem, bez pasów dla pewności, centralnie w drzewo – piękna śmierć. „Jeżeli któregoś dnia prędkość mnie zabije, nie smuć się, bo ja jestem szczęśliwy”. I z całego mojego serca takiej właśnie śmierci im życzę...
    List od matki – kiedy przeczytałam to, że znowu zasłania się rozprawą, myślałam, że nic do niej nie doszło, że wszystko dalej będzie tak samo. Myliłam się. Do niej doszło, ona chciała jakoś nadrobić swoje nieobecności. Wraz z wyjęciem bransoletki błysnął blask nadziei, który w końcu po wyjęciu z ciemności doczekał się światła.
    Myślę, że teraz już wiesz, że miałam rację. I nie potrzeba mi żadnych ukłonów, bo w końcu od tego jestem, żeby pomóc, doradzić, a nawet tak jak ostatnio kłócić się w dobrym interesie. Tylko tyle mogłam dać od siebie. Tylko tyle dałam...

    OdpowiedzUsuń
  6. . <----- łap kropkę :') . A tak na serio to poryczałam się i zużyłam 2 opakowania chusteczek i przy okazji zasmarkałam całe łóżko :) moja mama Cię od dzisiaj nienawidzi haha. I NO BOŻE ILE JA JESZCZE BĘDĘ CZEKAĆ NA TO AŻ KTOŚ OKAŻE SIĘ MOIM ANIOŁEM I POWIE MATCE KELSEY ŻE JEJ MĄŻ TO ALKOHOLIK? NO CZY JA PROSZE O DUŻO? Aaa rozdział nic dodać, nic ująć :>, aczkolwiek ja chce jeszcze więcej Lesley ( czy da się wprowadzić więcej Lesley? Haha, wątpię ;o) ALE NO NIE MA MOWY ŻE MATKA KELS SIE NIE DOWIE OOO NIE. Cóż, powodzenia ii ONA MA SIE DOWIEDZIEĆ :*

    OdpowiedzUsuń
  7. Rozdział GENIALNY :*
    Do kolejnego =D
    Ps. A kiedy dodasz na ,,Dirty Liars"?

    OdpowiedzUsuń
  8. Wspaniały rozdział. Miałam łzy w oczach podczas mowy Luka. ♥♥

    OdpowiedzUsuń
  9. Wspaniały rozdział <3 dodaj szybko kolejny

    OdpowiedzUsuń
  10. *.* świetny rozdział. Tyle się wydarzyło :O jestem ciekawa co będzie dalej. Uwielbiam Twojego bloga <3 czekam na następny :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Omg tyle czekałam na ten rozdział :o
    Uwielbiam to opowiadanie *.*
    Piszesz w taki ciekawy sposób :D
    A co do rozdziału... Tak mi szkoda było Luke'a jak czytałam ten moment co wygłaszał mowę, czy ogólnie cały pogrzeb :( Ale dobrze, że Kels jest uparta i nie dała się na te jego chamskie teksty i żarty :)
    Ogólnie oni są wspaniałą parą! A właśnie! Czemu on nie są razem? :o

    Świetny i czekam na kolejny :*

    OdpowiedzUsuń
  12. Bozinko ♥ tak wzruszająco ♥♥♥ ta przemowa Lukey'a tak bardzo piękna ♥ jeju tak bardzo Cię za to podziwiam! Za te głębokie słowa,które wywołują u mnie ciarki i radość ♥ Naprawdę, kiedy rozpiszesz się tak niesamowicie to jest po prostu genialne ♥ serduszek mi nie starczy na wyrażenie tego co czuję po tym rozdziale ♥ ♥♥ wybacz,że znowu się jakoś nie rozpisze, ale wiedz,że dla mnie jesteś wspaniała ♥

    OdpowiedzUsuń
  13. Kurde ryczałam jak głupia xd do tej pory rycze xd Cudowny rozdział *.* Najlepszy jaki czytałam <3 Takie to piękne <3 A ta przemowa Luka boże rycze i nei wstaje xd Czekam z niecierpliwością na następny rozdział :D Pozdrawiam i powodzenia w szkole :D Mega blog :D <3 /Wo

    OdpowiedzUsuń
  14. Wyje, omfg, kocham Cie xx
    /o.

    OdpowiedzUsuń
  15. Świetny, cudowny, niesamowity rozdział!!! Dobrze, że Kelsey nie zostawiła Hemmo <3
    Czekam na next :)
    Życzę weny i pozdrawiam^^^
    xx

    OdpowiedzUsuń
  16. Czytałam to pierdylion razy i no nieee, wspaniały :))))) tak btw. Kiedy nastepny?

    OdpowiedzUsuń
  17. Jeeejku *.* wyruszyłam się, ten rozdział był serio świetny :) szczególnie mowa Luke'a i fragment z Lesley ;) a tak na marginesie to jesteś zbyt skromna bo piszesz na prawdę cudowne rzeczy, pamiętaj o tym <3

    OdpowiedzUsuń
  18. First of all... (popis engliszem bo matura zobowiązuje do pisania takich mądrościowych rzeczy) dziekuje za dedykacje nie bylo tak źle. Nareszcie sie skonczylo i oficjalnie mam wakacje ;D oznacza to pisanie ale cóż to kogo obchodzi xd

    Przepraszam że czytam i komentuje dopiero teraz ale jestem taka zalatana ze to nie możliwe zeby wszytko ogarnac. Dzieki wykladom na prawo jazdy ktore sa tak kurwa nudne ze nie da sie żyć moge sobie poczytac takie cudeńka jak to opowiadanie także... Musisz wiedziec ze bardzo dziwnie sie na mnie ludzie patrzyli gdy facet tlumaczyl jak sprawdzic poziom oleju w samochodzie a ja zaczelam nagle plakac.
    Oczywiscie czytajac ta wypowiedz Luka na pogrzebie wszystko sobie przypomnialam i wgl o boze skutkiem tego moj organizm nie wytrzymal i zaczal produkowac lzy. Daje okejke . Jessica dziecko jak ty to robisz?
    Rozdzial absolutnie idealny czekam na next i w niedługim czasie zapraszam do mnie. ;D
    Powodzenia w szkole misiu i wierze ze zaliczysz wszystko spiewajaco ;* kocham cie max

    OdpowiedzUsuń
  19. Wow super niedawno znalazłam twoje opowiadanie i jest naprawdę genialne masz wielki talent i super piszesz juz nie mogę doczekać się next ♡ ♡ ♡ ♡ ♡ ♡

    OdpowiedzUsuń
  20. Rozdział świetny !! Kiedy będzie następny nie mogę się doczekać *_*
    Pozdrawiam !! :)

    OdpowiedzUsuń